16 stycznia 1922

KOKARDA 1863-go ROKU

Weterani powstania styczniowego... Mieliśmy ich wśród siebie oddawna, ale często nie wiedzieliśmy o tem. O jawnej ich organizacyi nie było mowy. Czasem pokazywano sobie w jednej z cukierni warszawskich grono siwych panów, siedzących przy jednym stoliku, i mówiono szeptem, że to powstańcy... Tych kilkunastu ludzi w swoim czasie zawiązało kółko samopomocy, mając na względzie los uboższych i wykolejonych przez życie towarzyszów broni i wygnania. Przewodniczył im ks. Włodzimierz Czetwertyński. Niezmordowaną wśród nich pracą, zabiegami, inicyatywą odznaczał się p. August Kręćki, zbieracz cierpliwy materyałów, dotyczących powstania, posiadacz długiego spisu nazwisk, bogatego zbioru fotografii, autor „Albumu”, który od niedawna zaczął zeszytami wychodzić. Obok niego dał się poznać szerszemu ogółowi Władysław Zapałowski (Płomień), którego pamiętniki z wygnania, wydane przez wileńską „Bibliotekę”, licznych miały czytelników. Spotykaliśmy także na polach pracy konspiracyjnej p. Edmunda Wronckiego. Pozostali goście cukierni przychodzili regularnie, rozmawiali szeptem, zasłonięci gazetami, i naradzali się nad tem, jak uboższym od siebie dopomódz. O jawnej akcyi nie było wówczas mowy. Trzeba było robić wszystko po cichu, w ukryciu, „pod ziemią”, jak dawniej, za owych czasów, gdy przygotowywano się do ostatniego ruchu zbrojnego.

Nadeszła jednak chwila, kiedy sprawa weteranów powstania styczniowego mogła wydobyć się na powierzchnię naszego życia. Wydobyła się natychmiast. Moment jednak nie sprzyjał nadaniu jej szerszego rozgłosu. Kraj stał w płomieniach wojny, klęski spadały na niego jedna po drugiej, zjawiało się tysiące potrzeb pilniejszych, głód i nędza rosły naokoło. Więc znów po cichu, bez rozgłosu, idąc tylko za głosem obowiązku, który kazał zająć się niedolą najstarszych, najbardziej przez wiek steranych towarzyszów, rzucono skromne podwaliny materyalne pod schronisko przy ul. Podwale nr. 5.

Dach nad głową i strawa, zabezpieczająca od głodu—to było wszystko, co mogli otrzymać pensyonarze miejscowi w liczbie kilkunastu. Rychło jednak potrzeby zaczęły rosnąć. Ciężkie warunki, w jakich znalazła się Warszawa, sprawiły, iż niejeden z tych, którzy dawniej pomocy nie potrzebowali, musiał dzisiaj o tę pomoc pukać do Stowarzyszenia.

Starość skruszyła niejednemu siły, a o pracę było coraz trudniej.

Ilość wspieranych przez Stowarzyszenie urosła w ciągu roku do 130-u osób. Obowiązki rozszerzyły się znacznie. Samopomoc wystarczyć już nie może. Uchwalono więc skorzystać z przysługującego instytucyi prawa i odwołać się do ogółu, obierając za godło biało-czerwoną kokardę z cyfrą 1863. Kokarda ta będzie sprzedawana w niedzielę nadchodzącą na ulicach Warszawy, zamiast „kwiatka”. Protektorat nad tą wyjątkową kwestą objęły księżniczki Julia i Dorota Lubomirskie, jako wnuczki ks. Jana Tadeusza, niegdyś członka organizacyi narodowej z r. 1863/4, później wygnańca. Piękna tradycya rodowa znalazła tu piękny wyraz.

Warszawa, która w sercach najlepszej części swoich mieszkańców posiada nieprzebrany skarb niewygasłej jeszcze tradycyi, łączącej pokolenie dzisiejsze z pokoleniem ojców i dziadów, odczuje niewątpliwie powagę i charakter tego dnia i stanie, wierna swoim uczuciom, pod znakiem rozety o barwach narodowych, aby nietylko przypiąć ją do piersi, ale przez to przypięcie obudzić w sobie stałą troskę o dalszy los weteranów.

Jeżeli przed kwestą było wśród nas wielu, którzy o istnieniu Stowarzyszenia i Schroniska mogli nie wiedzieć, to niewiedza stanie się odtąd już niemożliwą. Droga na Podwale musi być poznaną przez wszystkich, a członków wspierających nie powinno zbraknąć instytucyi, opiekującej się weteranami powstania styczniowego.

Zapewne, przyjdzie kiedyś chwila, kiedy opieka ta będzie mogła być odpowiednio zorganizowana, kiedy chleba i dachu nad głową nie zbraknie żadnemu z tych, co krew swoją ofiarowali narodowi, ale pamiętajmy, że zaspokojenia pilnych potrzeb bieżących odkładać do tej chwili nie można, że mamy do czynienia z idącą szybkimi krokami naprzód starością, z nadwątlonemi przez ciężkie przejścia życia siłami, z coraz częściej spotykaną niezdolnością do pracy w warunkach obecnych, które łamią i deklasują wielu młodszych i silniejszych. W imię więc zasady: „dwa razy daje, kto prędko daje” spełnijmy swój obowiązek wobec nich dzisiaj tak, jak przed 54-ma laty oni spełnili swój obowiązek.

Niech ten dzień będzie klamrą, spinającą pokolenia, niech świadczy o ciągłości życia narodowego, którę, idąc w jutro, nie odwraca się od przeszłości, ale patrzy ku niej z przywiązaniem i czerpie z niej doświadczenie.

Tygodnik Illustrowany, 16/22-06-1917

Aby dodać komentarz prosimy o zalogowanie się.