2 kwietnia 1920

Czerwony mak - odcinek 4

Baronowa Orczy

przekład z angielskiego Zofii Sokołowskiej

 

IV.

Liga czerwonego maku.

 

Dwaj młodzi Anglicy dorodni przedstawiciele szlachty angielskiej, otaczali wyszukaną uprzejmością gromadkę nieszczęśliwych zbiegów francuskich, którzy z takim trudem uniknęli grożącego niebezpieczeństwa.

 

Dwaj nieznajomi w kącie skończyli wreszcie grać w domino, starszy z nich powstał i odwrócony tyłem do towarzystwa siedzącego przy stole, zaczai zwolna nakładać na siebie szeroki płaszcz o trzech pelerynach. Szybkim ruchem rozejrzawszy się dokoła, przekonał się, że nikt na nich nie zwraca uwagi i spojrzał wymownie na towarzysza. Tamten, niższy i szczuplejszy, ukląkł nieznacznie i w jednej chwili zniknął pod ławą, stojącą w kącie. Starszy nieznajomy wyszedł zwolna z izby.

 

 

Kiedy drzwi zamknęły się za nim, towarzystwo siedzące przy stole, lżej odetchnęło.

 

— Nakoniec jesteśmy sami! — wesoło rzekł lord Antoni.

 

Miody wicehrabia powstał i wznosząc kielich do góry, rzeki łamanym językiem angielskim:

 

— Wnoszę toast za zdrowie Jego Królewskiej Mości Jerzego! Niech Bóg go błogosławi za gościnność, udzieloną biednym francuskim wygnańcom!

 

— Niech żyje! — zawołali obaj Anglicy.

 

— Za zdrowie Jego Królewskiej Mości Ludwika XVI! — uroczyście wyrzekł sir Andrzej. — Niech Bóg go błogosławi i da mu zwycięstwo nad wrogami!

 

Wszyscy wypili w milczeniu. Los nieszczęsnego monarchy, więzionego w Tempie, wzbudził spółczucie nawet w cudzoziemcach.

 

— Za zdrowie hrabiego de Tournay de Basserive — zawołał lord Antoni — obyśmy jaknajprędzej mogli powitać go tutaj!

 

Kieliszek zadrżał w ręku hrabiny.

 

— Ach! panie — szepnęła wzruszona — nie śmiem spodziewać się tego szczęścia.

 

— Jeżeli pani hrabina, panna hrabianka i mój przyjaciel, wicehrabia, dostali się do Anglii, dlaczego pan hrabia nie miałby być ocalony?

 

— Ufam Opatrzności i modlę się — westchnęła hrabina.

 

— Niech pani ufa także swoim angielskim przyjaciołom, którzy przysięgli uratować hrabiego — wtrącił sir Andrzej Foulkes.

 

— Cała moja nadzieja jest w tem — odpowiedziała hrabina — dokazujecie cudów istotnie. Tyle głów ocalonych dzięki waszej odwadze, zręczności i poświęceniu. Ale mojemu mężowi grozi wielkie niebezpieczeństwo... Gdyby nie moje dzieci, nigdy nie byłabym go opuściła, oświadczyły jednak, że nie pojadą bezemnie... Z drugiej strony, pan i twoi przyjaciele zapewnialiście mię, że mój mąż będzie uratowany... Teraz, kiedy jestem wolna i bezpieczna w waszej pięknej, szczęśliwej Anglii, myślę wciąż o nim, o biednym zbiegu, ściganym przez krwiożerczych wrogów, zmuszonym ukrywać się po rozmaitych norach. Ach! nie powinnam była go opuszczać!...

 

Obaj Anglicy mieli szczere dla niej współczucie, ale wstydzili się okazać tego i milczeli.

 

— Co do mnie — słodkim głosem rzekła Zuzanna, patrząc na sir Andrzeja. — jestem głęboko przekonana. że panu uda się ocalić mego ojca. Tobie już zawdzięczamy życie nas trojga.

 

Tyle było pewności i zaufania w jej głosie, że matka otarta łzy i uśmiechnęła się.

 

— Zawstydza mię pani — odparł sir Andrzej —chociaż moje życie jest na twoje usługi, jam tylko narzędziem w ręku naszego wielkiego wodza, który ułożył i wykonał plan waszej ucieczki.

 

Mówił z takim zapałem i uwielbieniem o tym nieznanym wodzu, że Francuzi spojrzeli ha niego zdumieni.

 

— O waszym wodzu rozpowiadają dziwy — żywo podjęła hrabina — powiedz mi pan, gdzie on jest, a pójdziemy rzucić mu się do nóg.

 

— To niemożliwe, pani hrabino, — odrzekł lord Antoni.

 

— Dlaczego?

 

Albowiem Czerwony Mak ukrywa się w cieniu, a nazwisko jego znane jest tylko najbliższym przyjaciołom, którzy przysięgli uroczyście, że nikomu go nie wyjawią. Wybrał za godło skromny kwiatek polny, żeby ułatwić sobie wzniosłe zadanie ratowania nieszczęśliwych.

 

— Słyszałam, że ile razy który rojalista ucieknie do Anglii, ten szatan Fouquier-Tinville otrzymuje zawiadomienie o tem zamiast podpisu, narysowany jest kwiat maku — rzekł wicehrabia.

 

— Tak jest — oświadczył lord Antoni.

 

— A więc dziś także musiał dostać taki list?

 

— Dostał niewątpliwie.

 

— Wyobrażam sobie jego wściekłość! — wesoło zawołała Zuzanna — podobno widok tego kwiatka, to jedyna rzecz, której się boi.

 

— W takim razie nieraz jeszcze napędzimy mu strachu — zaśmiał się sir Andrzej.

 

— Nie mogę zrozumieć, dlaczego wasz wódz i wy wszyscy tracicie czas i pieniądze, ponosicie tyle trudu, narażacie życie dla ludzi zupełnie obcych rzekła hrabina.

 

— Czynimy to dla sportu — odparł wesoło lord Antoni — przecież pani hrabina wie, że Anglia jest narodem sportsmenów.

 

— O nie, jestem przekonana, że macie szlachetniejsze pobudki.

 

— Nic o tem nie wiem, zapewniam tylko, że nigdy tak dobrze się nie bawię, jak kiedy narażam na szwank moje życie, igram z niebezpieczeństwem i wyrywam ofiarę z rąk kata.

 

Hrabina z niedowierzaniem potrząsnęła głową. Za każdą bytnością we Francyi narażali się na ścięcie; najlżejsze podejrzenie o sprzyjanie rojalistom lub dopomaganie im do ucieczki, wystarczyłoby do uwięzienia ich i skazania bez względu na cudzoziemskie ich pochodzenie. Tymczasem gromadka Anglików naigrawała się jeszcze z krwiożerczego trybunału i nieledwie z pod gilotyny wyrywała mu ofiary. Wzdrygnęła się na myśl o swojej własnej ucieczce, kiedy leżąc na wozie śród główek kapusty słyszała dzikie wrzaski motłochu: A la lanterne les aristos!"

 

To wszystko stało się w jakiś cudowny, niepojęty sposób: otrzymawszy wiadomość, że umieszczeni są na liście proskrypcyjnej — co oznaczało wyrok śmierci — hrabiostwo z dziećmi ukrywali się; wtem otrzymują list z krótkiemi poleceniami, opatrzony godłem Szkarłatnego Maku; potem następuje rozłączenie z mężem, konieczne dla ocalenia całej rodziny, ucieczka w strasznych warunkach z tą czarownicą na koźle, wyglądającą jak szatan.

 

Hrabina rozejrzała się po staroświeckiej izbie gospody, gdzie czuta się spokojna i bezpieczna, nie mogła jednak pozbyć się okropnych wspomnień. Widziała wciąż przed sobą bat ozdobiony puklami ofiar gilotyny, i ohydną tłuszczę, rozstępującą się w trwodze, kiedy ta wstrętna baba wspomniała o zarazie. Hrabina co chwila spodziewała się, że straż domyśli się podstępu i wywlecze ją z wozu, żeby wraz z dziećmi zaprowadzić ją do więzienia.

 

Ci młodzi Anglicy, zupełnie im nieznani, urządzili to wszystko z niezrównanym sprytem i z narażeniem własnego życia uratowali ich głowy.

 

Oczy Zuzanny, zwrócone na sir Andrzeja, tchnęły uwielbieniem i wdzięcznością: wierzyła święcie, że nie dla zabawy spełniali bohaterskie czyny i stawiali na kartę swoje życie.

 

(d. c. n.).

 

Nasz Dom (tygodnik mód i powieści), 20/26-06-1914