2 kwietnia 1920

Czerwony mak - odcinek 5

 

Baronowa Orczy

przekład z angielskiego Zofii Sokołowskiej

 

 — Ilu panów jest w lidze? — zapytała nieśmiało.

— Dwudziestu, razem z wodzem, wszyscy Anglicy, związani przysięgą, która nakazuje im ślepe posłuszeństwo wodzowi i ratowanie niewinnych.

— Oby Najwyższy czuwał nad wami! — gorąco zawołała hrabina — wydaje mi się to takie dziwne, gdyż we Francyi znałam tylko zdradę.

— Kobiety jeszcze więcej są zawzięte na arystokratów, niż mężczyzni — z westchnieniem dodał wicehrabia.

— Tak — pogardliwie rzekła hrabina i smutne jej oczy błysnęły nienawiścią — naprzykład Małgorzata St. Just, która oskarżyła margrabiego St. Cyr. i jego rodzinę przed trybunałem rewolucyjnym.

— Małgorzata St. Just? — zdumiał się lord Antoni, rzucając niespokojne spojrzenie w stronę sir Andrzeja — ależ...

 

— Znasz ją chyba, milordzie? Była najznakomitszą artystką w Comedie Franęaise i wyszła niedawno za Anglika.

— Znam doskonale lady Blakeney, królowę salonów londyńskich i wyrocznię mody — odpowiedział lord Antoni — jest żoną najbogatszego człowieka w Anglii.

— To moja koleżanka z klasztoru i najlepsza przyjaciółka — wtrąciła Zuzanna — razem przyjechałyśmy do Anglii. żeby nauczyć się waszego języka. Kochałam ją bardzo i nie mogę uwierzyć. żeby mogła p pełnić taką podłość.

— W tem musi być jakaś pomyłka — odezwał się sir Andrzej — pani hrabina powiada, że lady Blakeney oskarżyła margrabiego St. Cyr. przed trybunałem rewolucyjnym? Dlaczego miałaby to uczynić?

— W tem niema żadnej pomyłki — chłodno odparła hrabina — brat Małgorzaty St. Just jest gorliwym republikaninem: coś zaszło między nim a moim krewnym, margrabią St. Cyr. Rodzina St. Just nie należy do szlachty, może w tem jest źródło jej nienawiści do arystokratów.

— Coś słyszałem o tej historyi, ale w Anglii nikt nie uwierzył temu... Lady Blakeney jest ogólnie uwielbiana, a mąż jej sir Percy, największy bogacz w Anglii, jest przyjacielem księcia Walii.

— Być może, ale ja proszę Boga, żebym nigdy nie spotkała się w tym pięknym kraju z Małgorzatą St. Just.

Kłopotliwe milczenie zapanowało przy stole: Zuzanna posmutniała, sir Andrzej z roztargnieniem bawił się widelcem, hrabina siedziała sztywna i wyprostowana, a lord Antoni spoglądał ukradkiem na Jellybanda, który wydawał się bardzo szczęśliwy.

 

— Kiedy spodziewasz się sir Percy'ego i lady Blakeney? — po cichu zagadnął go lord Antoni.

 

— W każdej chwili, milordzie, — szepnął Jellyband.

 

Ledwie wymówił te słowa, usłyszano turkot powozu i odgłos kopyt końskich na nierównym bruku i za chwilę do izby wpadł zdyszany chłopak stajenny.

 

— Sir Percy Blakeney i milady przyjechali! — krzyknął.

 

W tej chwili przed gospodę zajechał wspaniały kocz, zaprzężony w czwórkę pysznych gniadoszów.

 

V.

 

Lady Blakeney.

 

W gospodzie powstało wielkie zamieszanie. Lord Antoni zaklął i zerwawszy się od stoki, zaczął wydawać sprzeczne polecenia gospodarzowi, który nie wiedział co począć.

 

— Na miłość Boską, mości Jellyband, staraj się zatrzymać lady Blakeney w sieni, zanim te panie nie odejdą! Do licha! nic nie mogło zdarzyć się gorszego.

 

Hrabina wstała i starając się ukryć wzruszenie pod maską arystokratycznego chłodu, powtarzała bezwiednie:

 

— Nie chcę jej widzieć! Nie chcę jej widzieć!

 

Przed gospoda słychać było gwar zmieszanych głosów, witających dostojnych gości: „Dobry wieczór, sir Percy! Dobry wieczór milady! Uniżony sługa!" Jakiś żebrak zwabiony turkotem. powtarzał jękliwie: „Zmiłujcie się, dostojni państwo, nad biednym ślepcem!”

 

W odpowiedzi na to ozwał się głos dziwnie słodki i dźwięczny:

 

— Temu biedakowi proszę dać wieczerzę na mój koszt.

 

W izbie usłyszano te słowa, wypowiedziane z lekkim cudzoziemskim akcentem. Salusia ze świecami w ręku stała przy drzwiach, prowadzących do sypialnych pokojów na górze; hrabina postąpiła ku niej kilka kroków, żeby uniknąć spotkania z właścicielką śpiewnego głosu: córka z niechęcią zabieraki się towarzyszyć jej, ale oglądała się za siebie, pragnąc gorąco ujrzeć ukochaną przyjaciółkę.

 

Tymczasem w otwartych drzwiach stanął godny Jellyband i śród ukłonów stara, się opóźnić nieuniknioną katastrofę.

 

— Brr! jak ja zmokłam! — zaśmiał się w sieni ten sam srebrny głos — Dieu! czy kto widział kiedy taki okropny klimat!

 

— Zuzanno! chodź zaraz ze mną! - rozkazująco rzekła hrabina.

 

— Mamo! — błagalnie szepnęła córka.

 

— Milady!... milady! — jąkał się Jellyband, wciąż stojąc we drzwiach.

 

— Pardieu! ależ puść mię, mości Jellyband — niecierpliwie rzekła lady Blakeney — przestępujesz z nogi na nogę, a ja tymczasem ziębnę w sieni.

 

Odsunęła go lekko i weszła do izby.

 

Istnieje wiele piruetów i miniatur lady Blakeney, żaden jednak wizerunek nie daje wyobrażenia o jej nadzwyczajnej urodzie. Bardzo wysoka, miała królewską postawę i wspaniąłą kibić. Nawet nienawidząca jej hrabina stanęła jak urzeczona wobec tak uroczego zjawiska.

 

Lady Blakeney liczyła dopiero dwudziestą piątą wiosnę i była w całym rozkwicie piękności. Wielki czarny kapelusz z długiemi strusiemi piórami ocieniał klasyczne białe czoło, nie zasłaniając bogactwa miękkich kasztanowatych włosów; każdy musiał zachwycić się prześlicznemi jej ustami, prostym, jakby wyrzeźbionym noskiem i alabastrową szyją. Bogata szafirowa aksamitna suknia uwydatniała nieporównaną delikatność cery i posągowe kształty; w ręku, stosownie do ówczesnej mody, trzymała wysoką laskę z pękiem kolorowych wstążek.

 

Wielkiemi błękitnemi oczyma powiodła dokoła izby i skłoniwszy się uprzejmie sir Andrzejowi, podała rękę lordowi Antoniemu.

 

— Co ty tu robisz w Duwrze, lordzie Antosiu? — zapytała wesoło.

 

Wtem spostrzegła hrabinę i jej córkę. Z rozpromienionem obliczem wyciągnęła obie ręce do przyjaciółki.

 

— Czy to być może! — zawołała — moja ukochana Zuzia tutaj!

 

Skąd się wzięłaś w Anglii, obywatelko? I pani hrabina także!

 

Ani w jej obejściu, ani na jej twarzy nie było śladu zakłopotania, lub zawstydzenia. Obaj Anglicy z obawą śledzili tę scenę, bywając bowiem często we Francyi, mieli sposobność zauważyć, z jaką wzgardą i nienawiścią szlachta francuska obchodziła się z tymi, którzy przyczynili się do jej upadku. Armand St. Just, brat pięknej lady Blakeney, chociaż znany z umiarkowania i pojednawczości, był gorącym republikaninem. Zatarg jego ze starożytną rodziną margrabiów St. Cyr — nikt nie wiedział jego powodów i po czyjej stronie była słuszność — zakończył się wytępieniem całej niemal rodziny dumnych arystokratów. St. Just i jego stronnictwo tryumfowało, a teraz na obcej ziemi urocza siostra Armanda St. Just spotykała się z wygnanymi przez republikanów potomkami starej szlachty, której wydarto nietylko odwieczne przywileje, ale i środki do życia.

 

Lady Blakeney wyciągała teraz rękę do nich, jak gdyby chciała zmazać to, co się stało, i odnowić dawne stosunki przyjaźni.

 

— Zuzanno, zabraniam ci rozmawiać z tą kobietą — surowo rzekła hrabina, kładąc rękę na ramieniu córki.

 

Wypowiedziała te słowa po angielsku, żeby wszyscy mogli ją zrozumieć, nietylko obaj młodzi Anglicy, lecz i właściciel gospody i jego córka. Godny pan Jellyband zdrętwiał wobec takiego zuchwalstwa: ta cudzoziemka ośmieliła się znieważyć żonę sir Percy'ego i przyjaciółkę księżny Walii!

 

(d. c. n.).

 

Nasz Dom (tygodnik mód i powieści), 11/17-07-1914