2 kwietnia 1920

Czerwony mak - odcinek 9

 

Baronowa Orczy

przekład z angielskiego Zofii Sokołowskiej

 

IX

Po dżdżystym dniu nastała cudna gwiaździsta noc, przesycona wonią wilgotnej ziemi i spadających liści.

 

Wspaniały kocz, zaprzężony w czwórkę najpiękniejszych koni w Anglii i powożony przez sir Percy'ego, odjechał w stronę Londynu, odległego o 50 mil angielskich. Lady Blakeney z radością zgodziła się na tę podróż nocną i otulona w kosztowne futro, zasiadła na kozie obok męża. Sir Percy był znakomitym woźnicą; rasowe konie, dwa dni temu przysłane do Duwru, napasione i wypoczęte, pędziły z szybkością strzały po równej drodze. Małgorzata przepadała za taką szybką jazdą i cieszyła się nadzieją kilku godzin samotności, wiedziała bowiem, że sir Percy przez cały czas nie przemówi słowa. Nieraz kiedy siedziała przy nim przez kilka godzin i żadne z nich nie przerwało milczenia, dziwiła się, o czem mógł myśleć. Może wcale nie myślał?

 

W gospodzie pan Jellyband pogasił światła i przekonał się osobiście, że nic nie brakowało w sypialniach, przygotowanych dla lorda Antoniego i sir Andrzeja. Tymczasem obaj panicze zasiedli przed kominkiem, na którym płonął suty ogień ze smolnych szczap.

 

— Czy wszyscy już poszli, mości Jellyband?— zapytał lord Antoś.

 

— Wszyscy, milordzie — odrzekł gospodarz, ustawiający szklanki i kufle na półkach.

 

— A służba?

 

— Już chrapie.

 

— Będziemy więc mogli pogawędzić swobodnie?

 

— Tak, milordzie... Zostawię dla panów świece na stoliku, a sam pójdę się położyć.

 

— To dobrze, mój stary... Zgaś także lampy, ogień dosyć daje światła.

 

— Jak milord rozkaże... A może przynieść wina?

 

— Owszem, przyda się.

 

Jellyband postawił na stole butelkę wina i dwa kieliszki, życzył panom dobrej nocy i oddalił się.

 

Obaj młodzieńcy w milczeniu popijali wino, dopóki zupełna cisza nie zaległa gospody. Słychać było tylko trzask ognia na kominku i miarowe tykotanie starego zegarka.

 

— I cóż, udało się? — zagadnął lord Antoni.

 

Sir Andrzej, zbudzony z marzeń, w których niewątpliwie widział śliczną twarzyczkę z wielkiemi czarnemi oczyma, otoczoną ciemnemi puklami, uśmiechnął się i odrzekł:

 

— Tak, udało się w zupełności.

 

— Nie pytam się nawet, czy podróż była przyjemna — zaśmiał się lord Antoni, nalewając sobie znowu kieliszek wina. — Zdrowie hrabianki Zuzanny! Wydaje się dobrą dziewczyną, chociaż jest francuzką. Zyczę ci powodzenia!

 

— Przyszłą podróż ty odbędziesz — rzekł sir Andrzej — kolej na ciebie i na Hastingsa. Życzę ci równie miłej towarzyszki.

 

— Nie masz pojęcia, Antosiu...

 

— Nie mam pojęcia, ale wierzę ci na słowo—wesoło przerwał młody lord i poważniejąc odrazu, rzekł: — Mówmy teraz o naszej sprawie.

 

Chociaż byli przeświadczeni, że oprócz nich niema nikogo w izbie, zniżyli głos i przysunęli się do siebie.

 

— Dwa dni temu widziałem się na chwilę w Calais z Czerwonym Makiem — szepnął sir Andrzej. Wcześniej od nas wrócił do Anglii. Sam wywiózł wszystkich z Paryża, przebrany za starą przekupkę. W wozie osłoniętym płótnem, śród rzepy i kapusty była ukryta hrabina, panna Zuzanna i wicehrabia. Zołnierzom pilnującym rogatek nie przyszło nawet do głowy, kto jest ta straszna baba, która głośniej od innych wrzeszczała: „A bas les aristos!" To nadzwyczajny człowiek! Dzięki szalonej odwadze zawsze wyjdzie bez szwanku z największych opałów!

 

Lord Antoni aż zaklął z zachwytu i podziwienia.

 

— W przyszły czwartek ty i Hastings macie spotkać się z nim W Calais mówił sir Andrzej. — Idzie tym razem o uratowanie hrabiego de Tournay, któremu już raz Czerwony Mak ułatwił ucieczkę z jego zamku. Dokazał wtedy sztuki nielada! Hrabia, uwięziony przez Komitet Ocalenia Publicznego, został skazany na śmierć. Wydobyć go ze szponów rewolucyi będzie ciężkiem i niebezpiecznem zadaniem. Wprawdzie St. Just obiecał nam dopomódz, a jego nikt jeszcze nie podejrzewa, mimoto grozi wam wielkie niebezpieczeństwo. Ciekaw jestem, jak nasz wódz wywiąże się z tego. Chciałbym wziąć udział w tej wyprawie.

 

— Czy masz dla mnie jakie polecenia od wodza?

 

— Mam. Rząd rewolucyjny wysłał do Anglii specyalnego agenta, zaciętego wroga naszej ligi: nazywa się Chauvelin i postanowił wykryć osobę naszego wodza, żeby za pierwszą jego bytnością we Francyi schwytać go i zabić. Przywiózł z sobą całą armię szpiegów i dopóki nie pozbędziemy się ich, wódz zaleca, żebyśmy z nim nie rozmawiali publicznie i spotykali się jak najrzadziej. Ilekroć będzie chciał wydać nam jakie polecenia, uprzedzi nas o tem.

 

Ogień tymczasem przygasł i na kominku dopalały się głownie, rzucając czerwony blask na twarze obu młodzieńców pochylone ku sobie. Cała izba była pogrążona w mroku. Sir Andrzej wyjął z pugilaresu jakiś papier i usiłował odczytać go przy słabem świetle dogasających płomieni. Pomagał mu w tern lord Antoni. Obaj byli tak zajęci tym ważnym dokumentem, pochodzącym od uwielbianego wodza, że nie usłyszeli lekkiego szmeru za sobą. Z pod ławy wysunęła się jakaś ciemna postać i ostrożnie skradała się ku nim, podobna z ruchów do węża.

 

— Mamy przeczytać tę kartkę, zapamiętać każde jej słowo, a potem zniszczyć ją — rzekł sir Andrzej.

 

Miał włożyć pugilares do kieszeni, kiedy wypadł z niej. mały skrawek papieru. Lord Antoni schylił się i podniósł go.

 

— Co to jest? — zapytał.

 

— Nie wiem — odrzekł sir Andrzej.

 

— Ten papier wyleciał teraz z twojej kieszeni. Musiał być osobno.

 

— To dziwne! Skąd on się tam wziął? To pismo wodza. Obaj usiłowali odczytać kilka słów, śpiesznie nabazgranych, ale wtem jakiś szmer na korytarzu zwrócił ich uwagę.

 

— Co to znaczy? — szepnęli obaj.

 

Lord Antoni poszedł ku drzwiom, w chwili jednak, kiedy je otworzył, został ogłuszony uderzeniem pięści w czoło. Jednocześnie ciemna postać skoczyła z tyłu na sir Andrzeja i ścisnąwszy go za szyję rękoma, powaliła na ziemię. Wszystko stało się tak szybko, że żaden z młodzieńców nawet nie krzyknął i nie stawił najlżejszego oporu. Czterech ludzi zakneblowało im usta i związało ich razem w ten sposób, że nie mogli się ruszyć. Piąty cicho zamknął drzwi i stał, czekając, dopóki tamci nie ukończą roboty. Na twarzy miał czarną maskę.

 

— Żaden ani drgnie, obywatelu — rzekł jeden z napastników.

 

— Dobrze — odrzekł człowiek w masce —teraz przetrząśnijcie im kieszenie i dajcie mi wszystkie papiery, które tam znajdziecie.

 

Dokonali tego szybko. Człowiek w masce nasłuchiwał przez chwilę, czy wszyscy śpią w gospodzie, i przekonawszy się, że wokoło zupełna panuje cisza, skinął na swoich pomocników, żeby związanych młodzieńców wynieśli z gospody. W izbie został on sam i zaczął przeglądać papiery.

 

— Niezły połów! mruknął z zadowoleniem, zdejmując maskę, która odsłoniła chytre oblicze z lisiemi oczyma.

 

Przeczytał kilka listów z pugilaresu sir Andrzeja, długo badał skrawek papieru, pochodzący od wodza i zatarł ręce z radością na widok jednego listu z podpisem Armanda St. Just.

 

— Armand jest jednak zdrajcą — rzeki do siebie — zdaje mi się, piękna Małgorzato Blakeney, że teraz dopomożesz mi wyszukać Czerwonego Maku.

 

(d. c. n.)

 

Nasz Dom (tygodnik mód i powieści), 05/11-12-1914