2 kwietnia 1920

Czerwony mak - odcinek 10

 

Baronowa Orczy

przekład z angielskiego Zofii Sokołowskiej.

 

Rozdział X.

W teatrze Covent Garden odbywało się pierwsze w jesieni przedstawienie opery. Sala była przepełniona, ale wspaniały „Orfeusz" Glucka zachwycał tylko prawdziwych lubowników muzyki; złota młodzież i strojne panie mało troszczyły się o tę niemiecką nowość. Oklaskiwano jednak primadonnę, Selinę Storace, a Benjamin Incledon, ulubieniec pań, został wezwany do loży królewskiej.

 

Po wspaniałym finale drugiego aktu zapadła właśnie zasłona i publiczność gwarem napełniła salę. Stary minister Pitt, upadający pod ciężarem spraw publicznych, w teatrze tylko wypoczywał po trudach; książę Walii, pulchny, rumiany, trochę pospolity, chodził od loży do loży, gawędząc z przyjaciółmi.

 

 

W loży lorda Grenville, ministra spraw zagranicznych, zwracał ogólną uwagę nieznany jegomość o przebiegłej twarzy i szyderczym uśmiechu, ubrany czarno lecz wytwornie; ciemne włosy w tył zaczesane nie miały na sobie ani odrobiny pudru. Minister okazywał mu wielkie względy, ale zimny był, jak lód.

 

Śród publiczności angielskiej odznaczali się odmiennym typem arystokraci francuscy, którzy w Anglii znaleźli bezpieczne schronienie. Twarze ich miały wyraz smutku i przygnębienia; szczególniej kobiety nie zwracały uwagi ani na muzykę, ani na świetną publiczność, albowiem myśl ich przebywała w rodzinnym kraju, gdzie śmiertelne niebezpieczeństwo groziło krewnym i przyjaciołom.

 

Hrabina de Tournay, cała w czarnych jedwabiach z białą koronkową chusteczką na szyi, siedziała w loży lady Portarles, która daremnie dowcipem swoim i żartami starała się wywołać uśmiech na posępne jej oblicze. W głębi loży widać było śliczną Zuzannę i wicehrabiego, onieśmielonych i milczących. Zuzanna, wszedłszy do teatru, wzrokiem pilnie szukała śród lóż i krzeseł pewnej znajomej twarzy i nie znalazła jej. Musiał to być przykry dla niej zawód, gdyż odtąd siedziała nieruchoma, zatopiona w myślach, nie zwracając uwagi na cudną muzykę Glucka.

 

— Ach ! lordzie Grenville! — zawołała lady Portarles, kiedy minister wszedł do loży — nigdy nie byłeś bardziej pożądany: hrabina de Tournay umiera z niepokoju, jakie są ostatnie wiadomości z Francyi.

 

— Jak najgorsze, niestety ! — odrzekł mini-ster, witając się z paniami.— Rzeź nie ustaje, krew leje się strumieniami w Paryżu, pod gilotynę idzie więcej, niż sto ofiar dziennie.

 

Hrabina zbladła, jak trup, i oczyma pełnemi łez patrzyła na angielskiego dyplomatę, który wygłaszał takie straszne wieści.

 

— Ach! panie ministrze — odrzekła lichą angielszczyzną — serce zamiera we mnie z trwogi i żalu... Jak ja mogę siedzieć spokojnie w teatrze, kiedy memu mężowi grozi największe niebezpieczeństwo!

 

— Gdybyś nawet siedziała w klasztorze, hrabino, toby w niczem nie dopomogło twemu mężowi — wtrąciła szczera lady Portarles. — Pamiętaj, że masz dzieci, które są za młode, żeby więdnąć w smutku i żałobie.

 

Hrabina uśmiechnęła się przez łzy do poczciwej przyjaciołki, która pomimo grubego głosu i szorstkiego obejścia miała złote serce i duszę czułą na wszelkie cierpienie.

 

— Wszak pani hrabina mówiła mi wczoraj, że liga Czerwonego Maku zobowiązała się honorem sprowadzić do Anglii pana hrabiego de Tournay—odezwał się lord Grenville.

 

— Tak i to jest moja jedyna nadzieja — odpowiedziała hrabina — Wczoraj widziałam lorda Hastings i on raz jeszcze powtórzył mi tę obietnicę.

 

— A więc pani hrabina może być zupełnie spokojna: Liga dotrzyma tego, co przyrzekła. Ach! gdybym był młodszy!—z westchnieniem rzekł stary dyplomata.

 

— Do licha, mości ministrze! — przerwała lady Portarles ze zwykłą swoją otwartością. — Jesteś jeszcze dosyć młody, żeby odwrócić sie tyłem do tego francuskiego wilkołaka, który rozsiadł się w twojej loży.

 

— Uczyniłbym to chętnie, ale kiedy służy się krajowi, trzeba wyrzec się własnych uprzedzeń i sympatyi. Pan Chauvelin jest agentem rządu i złożył właśnie swoje listy wierzytelne.

 

— Do kata! co ty pleciesz, człowieku — sarknęła zgorszona angielka. — Nazywasz tę zgraję krwiożerczych łajdaków rządem?

 

— Jeszcze nie byłoby z korzyścią dla Anglii zrywać stosunki dyplomatyczne z Francyą, musimy więc przyjąć grzecznie przysłanego do nas agenta—odrzekł minister.

 

— Bodaj przepadły dyplomatyczne stosunki – zaklnęła energiczna niewiasta. - Ten czarty lis jest tylko przebranym szpiegiem; dam za to głowę na pień! jestem pewna, że przyjechał tu nie dla utrzymywania stosunków dyplomatycznych, lecz dla śledzenia naszej dzielnej ligi Czerwonego Maku i bohaterskiego jej wodza.

 

— Prócz tego będzie się starał wyrządzić nam co złego — odezwała się hrabina, krzywiąc pogardliwie usta — a dopomoże mu w tein lady Blakeney.

 

— Co ty wygadujesz, kobieto! — wykrzyknęła oburzona lady Portarles. — Złośliwa jesteś, jak osa... Lordzie Grenville, ty jesteś mocny w gębie, może więc zechcesz wytłómaczyć pani hrabinie, że postępuje po głupieniu. W tem położeniu, w jakiem pani tu jest — dodała ostro, zwracając się do hrabiny — nie można zadzierać nosa i stroić pysznych min, jak we Francyi. Lady Blakeney może lubić, albo nie lubić tych łajdaków jakobinów, mogła przyczynić się albo nie do aresztowania i śmierci margrabiego de St. Cyr — czy, jak on się tam nazywa, ale to nie przeszkadza, że zajmuje w towarzystwie pierwszorzędne stanowisko. Sir Percy mógłby schować do kieszeni sześciu naszych magnatów, jest za pan brat z księciem Walii; gdybyś więc chciała patrzeć krzywo na lady Blakeney, nie zaszkodziłabyś jej wcale, a sama wystrychnęłabyś się na dudka. Prawda, milordzie?

 

Niewiadomo, co myślał o tem lord Grenville, ani jakie wrażenie ta szczera połajanka sprawiła na hrabinie de Tournay, gdyż w tej chwili pod-niesiono zasłonę i rozpoczął się trzeci akt Orfeusza. Lord Grenville śpiesznie pożegnał się z paniami i wrócił do swojej loży, gdzie pan Chauvelin siedział cierpliwie, nie spuszczając oczu z przeciwległej loży. Przed chwilą ukazała się tam lady Blakeney z mężem i odrazu wszystkie lornetki zwróciły się na wspaniałą jej postać, błyszczącą od bezcennych klejnotów, któremi obsypywał ją hojny małżonek. Wyglądała dziś, jak czarodziejka: bujne kasztanowate włosy z odbłyskami złota i bronzu, zwinięte w loki i lekko przysypane pudrem, związane były z tyłu na olbrzymią czarną kokardę. Zamiast sukni szerokiej a paniers i długiego stanika, noszonego jeszcze przez wszystkie panie angielskie, miała obcisłą suknię z krótkim stanem, mocno wyciętą; pierwsza wprowadzała do Anglii tę modę klasyczną, tak korzystnie uwydatniającą posągowe jej kształty i królewską postawę. Kosztowna materya lśniła od złotych haftów.

 

Wszedłszy do loży, wychyliła się na chwilę żeby zobaczyć, kto jest; wszyscy znajomi powitali ją skwapliwemi ukłonami, a książę Walii pozdrowił ją łaskawie.

 

Przez cały trzeci akt siedziała nieruchoma, milcząca, zasłuchana w cudne tony muzyki, którą namiętnie lubiła. Twarz jej jaśniała zachwytem, oczy błyszczały, jak szafiry, kolo ust igrał uśmiech szczęścia. Była przecież w samym kwiecie młodości, wiedziała, że jest piękna i uwielbiana. Dwa dni temu otrzymała wiadomość, że ukochany brat szczęśliwie wylądował we Francyi; cóż dziwnego, że pod urokiem muzyki zapomniała na chwilę o swoich zawodach i marzeniach, zapomniała nawet o tępym, nic nieznaczącym małżonku, który bezgraniczną hojnością wynagradzał brak rozwoju umysłowego.

 

Do loży wszedł niebawem książę Walii, a za nim rzesza wielbicieli; jednocześnie zniknął sir Percy. Lady Blakeney prędko odprawiła złotą młodzież, pragnęła bowiem, żeby jej nie przeszkadzano w słuchaniu Orfeusza. Wtem rozległo się pukanie do drzwi.

 

— Proszę! —odrzekła niecierpliwie.

 

Chauvelin wsunął się do loży, rad ze sposobności. Wyczekiwał na tę chwilę, żeby zastać ją samą.

 

— Słówko, obywatelko—rzekł cicho, stając za jej krzesłem.

 

— Ach na moją duszę! jakże mię pan przestraszyłeś!—zawołała z przymuszonym śmiechem.—Przychodzisz nie w porę, chciałabym bowiem być sam na sam z Gluckiem.

 

— Muszę korzystać ze sposobności, gdyż druga taka może się nie zdarzyć—odpowiedział i przysuwając sobie krzesło, pochylony ku niej, zaczął mówić zniżonym głosem.—Lady Blakeney jest zawsze tak otoczona, że stary przyjaciel nie może się do niej docisnąć.

 

— Poczekaj, aż się trafi inna sposobność —zżymnęła się. — Będziesz dziś zapewne na balu u lorda Grenville, mogę ci zatem poświęcić pięć minut czasu.

 

— Trzy minuty mi wystarcza — rzekł spokojnie.—Roztropnie uczynisz, jeżeli mię wysłuchasz, obywatelko St. Just...

 

Małgorzata zadrżała. Chauvelin obojętnie zażywał tabakę, ale spojrzenie lisich jego oczu zmroziło krew w jej żyłach. Poczuła, że święci się coś złego.

 

— Czy to ma być groźba, obywatelu? — zapytała.

 

— Nie tylko próbna strzała.

 

Zamilkł na chwilę, jak kot, który gotuje się skoczyć na myszkę, igrającą swobodnie, i cieszy się zawczasu krzywdą, którą jej wyrządzi. Widząc błękitne oczy lady Blakeney, utkwione w swojej twarzy z wyrazem niepokoju, wycedził zwolna. - Twój brat St. Just jest w niebezpieczeństwie.

 

(d. c. n.).

 

Nasz Dom (tygodnik mód i powieści), 12/18-12-1914