2 kwietnia 1920

Czerwony mak - odcinek 11

 

Baronowa Orczy

przekład z angielskiego Zofii Sokołowskiej

 

Piękne oblicze lady Blakeney pozostało nieruchome. Jedynie po zaciśnięciu ust i zesztywnieniu nagłem całej postaci Chauvelin odgadł, że wymierzył jej cios w samo serce.

 

— Na moją duszę! — rzekła z przymuszonym śmiechem — jeżeli to jedna ze zwykłych twoich intryg, to lepiej, żebyś sobie poszedł i nie przeszkadzał mi słuchać muzyki.

 

Drobna jej rączka nerwowo poruszała wachlarzem, wysadzanym drogiemi kamieniami. Selina Storace śpiewała właśnie sławną aryę: „Che faro" i publiczność, oczarowana temi cudnemi dźwiękami, słuchała w głębokiem milczeniu.

 

 

— I cóż dalej? — z pozorną obojętnością zagadnęła Małgorzata, nie odwracając głowy.—Co grozi niemu bratu?

 

— Pozwolisz, obywatelko, że przedtem powiem kilka słów objaśnienia... Niedawno prosiłem cię o pomoc... Francya potrzebowała jej i zdawało mi się, że mogę liczyć na ciebie... Odmówiłaś... Odtąd rozdzieliły nas moje sprawy i twoje obowiązki towarzyskie, ale...

 

— Do rzeczy, obywatelu, do rzeczy — prze-rwała niecierpliwie— ta muzyka jest tak cudowna, że pragnęłabym słuchać jej bez przeszkody.

 

— Chwilkę jeszcze, obywatelko... Tego samego dnia, kiedy miałem zaszczyt spotkać cię w Duwrze i w godzinę niespełna po naszej rozmowie udało mi się pochwycić ważne papiery, z których dowiedziałem się o knowaniach Ligi Czerwonego Maku i całym spisku celem uratowania gromady arystokratów. Bardzo sprytnie obmyślił to wszystko i ukartował wódz Ligi, wtrącający się zawsze do nieswoich rzeczy. Trzymam teraz w ręku główne nici tego stowarzyszenia, które tyle szkody wyrządza Francyi, ale potrzeba mi jeszcze twojej pomocy, obywatelko, żeby dowiedzieć się, kto kryje się pod tem przezwiskiem Czerwonego Maku.

 

Małgorzata umiała panować nad sobą, ruszyła więc ramionami i odparła wesoło:

 

— Już raz odpowiedziałam ci, obywatelu. że ani Czerwony Mak, ani twoje zamiary nic mnie nie obchodzą. Gdyby nie to, że zacząłeś mówić o moim bracie...

 

— Chwilkę cierpliwości, obywatelko - spokojnie przerwał Chauvelin. — Dwóch młodych panów, lord Antoni Dewhurst i sir Andrzej Foulkes, byli w tej samej gospodzie, co ty; moi szpiegowie wyśledzili, że należą oni do tej przeklętej Ligi; jeden z nich przewiózł do Anglii hrabinę de Tournay z córką i synem. Kiedy zostali sami w izbie, moi ludzie pochwycili ich, związali i zabrawszy im wszystkie papiery, oddali je w moje ręce.

 

Odrazu odgadła niebezpieczeństwo... Papiery? Czyżby Armand popełnił jaką nieroztropność?... Samo przypuszczenie ścięły krew w jej żyłach, nie dała jednak poznać po sobie trwogi i śmiejąc się, rzekła:

 

— Twoja bezczelność przechodzi wszelkie granice... Gwałt i rabunek w Anglii? w gospodzie? Ależ twoi ludzie mogli być pochwyceni na gorą-cym uczynku!

 

— A choćby? Są francuzami i pochodzą z mojej szkoły. Gdyby ich pochwycono, poszliby bez szemrania do więzienia, albo na galery, nie zdradziwszy nikogo. W każdym razie, zamach się opłacił.

 

— I cóż było w tych papierach? — zagadnęła, siląc się na obojętność.

 

— Dowiedziałem się, niestety! o różnych knowaniach... wpadły mi w ręce różne dowody... w każ-dym razie, porwanie hrabiego de Tournay nie uda się... Jednej rzeczy tylko nie wiem jeszcze: kto jest Czerwony Mak.

 

— I znowu powracasz do tej samej piosenki, przyjacielu! — rzekła z udaną swobodą.— Wiesz co? mógłbyś już skończyć t Przez ciebie straciłam najpiękniejszą aryę z całej opery. Gdybyś nie był zaczął mówić o moim bracie, dawno wyprosiłabym cię za drzwi.

 

— Chcę właśnie mówić o nim... W papierach sir Andrzeja znalazłem list, podpisany przez Armanda St. Just, i przekonałem się, że nietylko brata się z wrogami Francyi, ale dopomaga, a może nawet jest członkiem Ligi Czerwonego Maku.

 

Cios został nakoniec wymierzony, a chociaż Małgorzata oddawna spodziewała się go, niemniej ugodził ją w samo serce. Nie straciła jednak panowania nad sobą, nie zdradziła śmiertelnej trwogi i niepokoju. Wiedziała, że ten człowiek mówił prawdę. List Armanda w rękach Chauvelina! Ach! jakież on popełnił szaleństwo! Chauvelin, ślepo oddany sprawie rewolucyi, będzie mógł go zgubić. Wiedziała o tem wszystkiem, a jednak śmiała się jeszcze głośniej, niż dotąd.

 

— Nie mówiłam, że to jakaś wymyślona przez ciebie intryga, przyjacielu? — rzekła, patrząc mu w oczy.— Armand miałby być w związku z tą tajemniczą Ligą!?.. Armand ułatwiający ucieczkę arystokratom francuskim, którymi gardzi !... Ta bajeczka przynosi zaszczyt twojej wyobraźni!

 

— Chciej mi wierzyć, obywatelko, że Armand St. Just jest bardzo skompromitowany — z niezachwianym spokojem odparł Chauvelin.—Niema już dla niego:ratunku.

 

Tymczasem przebrzmiały ostatnie dźwięki aryi i Selina Storace kłaniała się publiczności, darzącej ją głośnemi oklaskami. Małgorzata siedziała nieruchoma, jak posąg, starając się zebrać myśli i zastanowić, co powinna czynić.

 

— Chauvelin — rzekła wreszcie innym zupełnie głosem — musimy się porozumieć. Lękam się, czy mój umysł nie zardzewiał w tym mglistym klimacie... Chciałbyś koniecznie dowiedzieć się, kto jest Czerwony Mak, prawda?

 

— Tak, obywatelko! Jest to najgorszy wróg Francyi, tern niebezpieczniejszy, że ukrywa się i działa w cieniu.

 

— Jakże to szlachetnie z jego strony!.. Chciałbyś mię zmusić do szpiegowania go wzamian za życie Armanda, czy tak?

 

— Użyłaś dwóch brzydkich wyrazów, obywatelko — uprzejmie odpowiedział Chauvelin. —Niema tu mowy o zmuszaniu, a przysługa, o ktorą cię proszę dla dobra Francyi, nigdy nie może być nazwana szpiegostwem.

 

— Mniejsza o to, jak ona się nazywa — odparła sucho — tutaj takie nosi miano. Czego żądasz odemnie? Mów!

 

— Jeżeli chcesz uratować Armanda St. Just, musisz dopomódz mi na dzisiejszym balu — mówił z żywością.— Między papierami, zabranemi sir Andrzejowi, była maleńka karteczka. Patrz!

 

Podał jej skrawek papieru, który wypadł z kieszeni sir Andrzeja, kiedy obaj młodzieńcy siedzieli przy kominku. Małgorzata wzięta go i pochyliwszy się, przeczytała półgłosem kilkanaście słów, pisanych zmienionym charakterem:

 

„Spotykajmy się jak najrzadziej. Jeżeli chcecie mówić ze mną, będę na balu u G."

 

U dołu było odbicie czerwonego kwiatka.

 

— To pisał Czerwony Mak — rzekła— będzie więc na balu u lorda Grenville.

 

— To nie ulega wątpliwości — podchwycił Chauvelin. — Moi ludzie zawieźli lorda Antoniego i sir Andrzeja do samotnego domu, wynajętego w tym celu, i trzymali ich pod ścisłą strażą. Trzeba jednak, Żeby byli na balu u lorda Grenville, gdyż zapewne będą mieli dużo do powiedzenia swemu hersztowi. Dziś rano wszystkie drzwi i okna stały otworem w ich więzieniu, a na dziedzińcu czekały dwa dobre osiodłane wierzchowce. Jestem przekonany. że cwałują w tej chwili do Londynu. Prawda, jakie to proste, obywatelko?

 

— Bardzo proste — odparła z goryczą.—Kto chce zabić kurczę, musi je najprzód pochwycić... a potem dopiero nożem przejechać po gardle... Dla kurczęcia tylko nie wydaje się to proste... Ty, obywatelu Chauvelin, tak samo trzymasz mi teraz nóż na gardle...

 

— Nie, obywatelko, daję ci sposobność ocalenia ukochanego brata od następstw jego szaleństwa.

 

Rysy młodej kobiety złagodniały, oczy napełniły się łzami.

 

— To jedyna istota, która kochała mię wiernie i stale—szepnęła.— Nie zastanowiłeś się, Chauvelin—dodała z rozpaczą — że żądasz odemnie niepodobieństwa?

 

— Bynajmniej — odrzekł sucho, niewzruszony jej łzami.— Nikt nie będzie podejrzewał lady Blakeney, jeżeli więc nie odmówisz mi swojej pomocy, kto wie, czy dziś jeszcze nie uda mi się odsłonić przyłbicy, pod którą kryje;się Czerwony Mak... Proszę cię, obywatelko, na dzisiejszym balu otwieraj oczy i uszy, a skoro pochwycisz jaki szept lub urywek rozmowy, donieś mi o tem natychmiast... Zwracaj uwagę na każdą osobą, z którą będzie rozmawiał lord Antoni lub sir Andrzej. Jeżeli dzięki tobie dowiem się, kto jest Czerwony Mak, daję ci słowo w imieniu Francyi, że twemu bratu włos z głowy nie spadnie.

 

Chauvelin istotnie przykładał jej nóż do gardła. Była tak oplątana, że nie mogła wydostać się z sieci. Ceną jej posłuszeństwa było życie brata. Inaczej... Ach! ona wiedziała, że ten człowiek nigdy nie groził na próżno! Komitet Ocalenia Publicznego miał już ząpewne nazwisko Armanda na liście podejrzanych. Siedzą go i zabiją bez litości, jeżeli nie będzie posłuszna temu szatanowi. Jeszcze miała nadzieję zyskać na czasie i przezwyciężając wstręt, wyciągnęła rękę do człowieka, którego obawiała się i nienawidziła.

 

— Jeżeli obiecam dopomódz ci, czy dasz mi list brata? — zapytała z przymileniem.

 

— Jeżeli dopomożesz mi, obywatelko—odrzekł z szyderczym uśmiechem — dam ci ten list —jutro.

 

— Nie ufasz mi ? — Owszem, ale życie Armanda St. Just przy-nosi szkodę ojczyznie... Od ciebie zależy odkupić je.

 

— Może nie zdołam nic uczynić? Moja dobra wola nie wystarcza...

 

— Byłoby to okropne dla ciebie, obywatelko, L. dla twego brata.

 

Małgorzata wzdrygnęła się: od tego człowieka nie mogła spodziewać się litości. Był wszechpotężny i trzymał w ręku życie Armanda; jeżeli nie uda mu się osiągnąć upragnionego celu, Armand za to zapłaci.

 

Mimo upału, panującego w teatrze, wstrząsały nią dreszcze; rzewne dźwięki muzyki dochodziły ją, jakby z oddali. Otuliła się kosztownym koronkowym szalem. osłaniającym jej ramiona, i siedziała nieruchoma, jakby pogrążona we śnie.

 

Po raz pierwszy myśl jej odbiegła od ukochanego brata, a podążyła do człowieka, który miał prawo do jej miłości i zaufania. Czuła się osamotniona, pragnęła poradzić się kogoś i usłyszeć kilka stów pociechy. Sir Percy kochał ją niegdyś, był jej mężem. Miał wprawdzie mało rozumu, ale zato silne muskuły; gdyby jej bystrość połączyła się z męską jego energią i odwagą, możeby im się udało zaszachować chytrego dyplomatę i wyrwać z jego rąk Armanda, nie narażając szlachetnego wodza gromadki bohaterów? Sir Percy znal Armanda i był przywiązany do niego; z pewnością nie odmówiłby pomocy.

 

Chauvelin nie zwracał na nią uwagi: wiedział, że ma ją w swojem ręku, i spokojnie słuchał cudownej muzyki Glucka.

 

Delikatne skrobanie do drzwi zbudziło Małgorzatę z zadumy. W progu ukazał się sir Percy Blakeney, zaspany, uśmiechnięty i głupowaty, jak zwykle.

 

— Twoja lektyka czeka przed teatrem — wycedził niedbale.—Przypuszczam, że będziesz chciała być na tym nudnym balu... Ach, pan Chauvelin.. Hm! przepraszam, nie widziałem pana...

 

Podał mu wyniośle dwa palce.

 

— I co? Idziesz, Margot?

 

— Sza. Cicho! - ozwały się gniewne glosy z różnych stron sali.

 

— Co za bezczelność!—oświadczył sir Percy, ruszając ramionami.

 

Małgorzata westchnęła: teraz już żadnej nie miała nadziei. Otuliła się wspaniałym płaszczem i nie spojrzawszy nawet na męża, przyjęła podane jego ramię.

 

— Jestem gotowa — rzekła.

 

We drzwiach loży odwróciła się i oczy jej spotkały się z badawczym wzrokiem Chauvelina, który także zamierzał wyjść z teatru.

 

— Au revoir, Chauvelin — rzekła uprzejmie— zobaczymy się niedługo na balu u lorda Grenville.

 

Chytry francuz musiał w jej oczach wyczytać coś, co sprawiło mu wielką przyjemność, gdyż zażywszy tabaki, z zadowoleniem zatarł długie chude ręce.

 

(d. c. n.).

 

Nasz Dom (tygodnik mód i powieści), 19/25-12-1914