2 kwietnia 1920

Czerwony mak - odcinek 12

 

Baronowa Orczy

przekład z angielskiego Zofii Sokołowskiej

Rozdział XI.

Bal wydany przez lorda Grenville, sekretarza spraw zagranicznych, świetnością zaćmił wszystkie inne. Spodziewano się tego i chociaż to był dopiero początek jesieni, cały wielki świat zjechał do stolicy, żeby nie opuścić tej zabawy.

 

Książę Walii obiecał swoją bytność i prosto z opery pojechał na bal. Lord Grenville wysłuchał przedtem dwóch aktów Orfeusza, wiedząc, że wcześniej żaden gość się nie zjawi. O dziesiątej—wówczas bardzo późnej godzinie, wspaniałe salony pałacu ministeryum spraw zagranicznych, prześlicznie przybrane palmami i kwiatami, napełniły się strojnym i wesołym tłumem. W sali balowej już tańczono i wytworne dźwięki menueta łączyły się z gwarem rozmowy i wybuchami śmiechu.

 

 

W małym gabinecie, przytykającym do paradnych schodów, stał gospodarz, witając gości, między którymi byli najpierwsi dygnitarze angielscy i najpiękniejsze panie w Anglii.

 

Składano sobie głębokie ukłony, jak wymagała ówczesna etykieta, i udawano się stamtąd do dalszych komnat, żeby tańczyć, rozmawiać i grać w karty.

 

W pobliżu lorda Grenville stał Cbauvelin, wsparty o konsolę, czarno lecz wytwornie ubrany, i bystrem okiem wpatrywał się w każdego gościa, witającego się z ministrem. Był trochę osamotniony w tym świetnym tłumie, gdyż do Anglii doszła właśnie wiadomość o rzeziach wrześniowych i teroryzmie Jakobinów. Jako przedstawiciel rzeczypospolitej francuskiej, został przyjęty uprzejmie przez członków rządu: Pitt podał mu rękę, lord Grenville zaprosił kilka razy, ale wyższe towarzystwo stolicy nic nie chciało o nim wiedzieć: panie odwracały się od niego, panowie — o ile nie zajmowali stanowisk urzędowych, nie podawali mu ręki.

 

Ale Chauvelin przyjmował obojętnie te drobne przykrości, nieodłączne od dyplomatycznego zawodu. Ślepo oddany sprawie rewolucyj, gardził przesądami i gorąco kochał Francyę; wobec tego, co mogły go obchodzić dąsy i krzywe spojrzenia angielskiej arystokracyi

 

Nie spuszczał z oka celu, do którego dążył. Przekonany, że szlachta, to największy wróg Francyi, pragnął zupełnego jej wytępienia. Każdy arystokrata, któremu udało się zbiedz, przejmował go oburzeniem, szerzył bowiem nienawiść cło Francyi i knuł przeciw niej spiski.

 

Nic dziwnego, że tajemniczy bohater, ukrywający się pod godłem Czerwonego Maku, budził w nim nienawiść Nieliczna jego banda, przedsiębiercza, zuchwała, odważna do szaleństwa, suto zaopatrzona w pieniądze i piekielnie chytra, ocaliła setki arystokratów francuskich od śmierci pod gilotyną: dziewięć-dziesiątych emigrantów, którzy znaleźli bezpieczny w Anglii przytułek, zawdzięczali to młodym zuchom.

 

Chauvelin, wyjeżdżając z Paryża, przysiągł Jakobinom, że wykryje, kto jest hersztem Ligi, sprowadzi go podstępem do Francyi, a wtedy.... Okrutny uśmiech igrał na wązkich jego ustach na myśl, że ta głowa spadnie pod nożem gilotyny, tak same, jak inne.

 

Na schodach powstał wielki ruch i wszystkie rozmowy umilkły na głos marszałka dworu, który oznajmił:

 

— Jego Królewska Wysokość książę Walii z orszakiem, sir Percy Blakeney, lady Blakeney.

 

Lord Grenville śpiesznie postąpił ku drzwiom, żeby powitać dostojnego gościa.

 

Książę Walii, ubrany w przepyszny strój dworski z różowego aksamitu, haftowany zlotem, wszedł, prowadząc pod rękę Lady Blakeney, jaśniejącą wdziękami i mnogością klejnotów.

 

Z drugiej strony szedł sir Percy, ubrany w kremowy atłas i kosztowne koronki; długie jego włosy nie były pudrowane, pod pachą miał płaski kapelusz chapeau-bras.

 

Wyrzekłszy kilka słów pełnych uszanowania, lord Grenville zapytał królewskiego gościa:

 

— Czy Wasza Wysokość pozwoli przedstawić sobie pana Chauvelin, uwierzytelnionego agenta rządu francuskiego?

 

Chauvelin, oczekując przedstawienia, wysunął się naprzód. Na nizki jego ukłon książę odpowiedział chłodnem skinieniem głowy.

 

— Postaramy się zapomnieć, kto pana tu przysłał—rzekł lodowato—i będziemy cię uważali tylko za gościa.

 

— Wasza Królewska Wysokość—rzeki Chauvelin, kłaniając się powtórnie — milady — dodał, zwracając się z ukłonem do Małgorzaty.

 

— Ach! to Chauvelin! —zawołała wesoło, wyciągając do niego małą rączkę — ależ my jesteśmy starymi przyjaciółmi. Wasza Wysokość.

 

— W takim razie jestem panu bardzo rad —uprzejmie oświadczy, książę.

 

— Błagam Waszą Królewską Wysokość, żeby pozwolił mi przedstawić sobie hrabinę de Tournay de Basserive, która wraz z rodziną co tylko przybyła z Francyi.

 

— Bardzo chętnie! Należą do szczęśliwych. Lord Grenville poszedł po hrabinę, która siedziała na drugim końcu sali.

 

— Niech lilię Pan Bóg ma w swojej opiece!—szepnął książę Walii do Małgorzaty — ta pani wygląda tak surowo i poważnie, jak uosobienie cnoty.

 

— Cnota jest podobna do wonności: wtedy najsilniej pachnie, kiedy się ulatnia — wesoło odparła lady Blakeney.

 

(d. c. n.)

 

Nasz Dom (tygodnik mód i powieści), 26-12-1914/01-01-1915