2 kwietnia 1920

Czerwony mak - odcinek 3

Baronowa Orczy

przekład z angielskiego Zofii Sokołowskiej

 

III.

Zbiegowie.

W Anglii cała ludność oburzała się na to, co się działo we Francyi. Słuchając wiadomości o uwięzieniu rodziny królewskiej, o zniewagach, na które była wystawiona, o codziennych egzekucyach na placu de la Greve, każdy uczciwy Anglik czuł, że krew w nim kipi. Zamordowanie w sposób zwierzęcy księżny de Lamballe, uroczej przyjaciółki Maryi Antoniny, przejęło zgrozą całą cywilizowaną Europę.

 

 

Daremnie jednak żądano od ówczesnego pierwszego ministra, żeby wystąpił zbrojnie przeciw buntownikom francuskim; roztropny Pitt nie chciał uwikłać Anglii w kosztowną i niebezpieczną wojnę. Uważał, że to obowiązek Austryi pośpieszyć na pomoc Burbonom, spokrewnionym z Habsburgami przez małżeństwo arcyksiężniczki Maryi Antoniny.

 

Rozprawę o polityce przerwała Salusia.

 

— Milord Antoni przyjechał! — zawołała, biegnąc do drzwi.

 

Kiedy je otworzyła, silne męskie ramię objęło zgrabną jej kibić.

 

— Niech cię Bóg błogosławi, dziewczyno! — zawołał wesoły głos — twoje piwne oczy są nietylko piękne ale i bystre. Twój zacny rodzie zapewne niemało ma kłopotu, żeby ustrzedz cię od zalotników, gdy, na moją duszę, coraz stajesz się nadobniejsza.

 

Lord Antoni Dewhurst, jeden z synów księcia Exeter, wysoki, tęgi, jasnowłosy młodzieniec, rozśmiał się na całe gardło i złożywszy głośny pocałunek na hożem liczku Salusi, uprzejmie powitał oberżystę, kłaniając się nizko. Doskonały sportsman, wesoły towarzysz, wytworny światowiec, był ulubieńcem salonów londyńskich, gospód i kawiarni. Ponieważ częste odbywał wycieczki do Francyi, doskonale był znany panu Jellyband, u którego zawsze się zatrzymywał.

 

Usiadł przy kominie, żeby się ogrzać i wysuszyć, i zmarszczył się na widok dwóch obcych ludzi, grających w domino przy bocznym stoliku.

 

— Jakże w tym roku obrodziły jabłonie? — zapytał pana Hempseed.

 

— Źle, milordzie, deszcze popsuły wszystek owoc— żałośnie odpowiedział staruszek—ale czegóż można się spodziewać po naszym rządzie, który pozwala tym hultajom we Francyi mordować szlachtę?

 

— Mądrze mówisz, mości Hempseed — pochwalił lord Antoni — niebawem ujrzymy tutaj kilku członków arystokracyi, którym udało się ujść gilotyny.

 

— Dzięki milordowi i jego przyjaciołom—wtrącił pan Jellyband.

 

Lord Antoni silnie ujął ramię gospodarza, nakazując mu milczenie.

 

— Cicho! — ostrzegł, wskazując mu oczyma nieznajomych.

 

— To porządni ludzie — uspokoił go pan Jellyband — podobno kupcy.

 

— Prędzej karawaniarze — mruknął lord Antoni — czy spodziewasz się jeszcze jakich gości, mości Jellyband?

 

— Tylko jaśnie wielmożnych państwa Blakeney. Kapitan ich jachtu Sen dzienny był właśnie u mnie; odprowadzają brata milady, wracającego do Francyi... Salusia, kiedy podasz wieczerzę? Milord pewnie jest głodny.

 

— Zaraz, ojcze, — odpowiedziała dziewczyna, rzucając ostatnie spojrzenie na stół czysto nakryty i ubrany kwiatami — ile nakryć mam położyć?

 

— Pięć, śliczna Salusiu, ale wieczerza powinna być, jak na dziesięć, gdyż nasi przyjaciele muszę być głodni. Ja sam gotów jestem zjeść ćwierć wołu.

 

— Jadą! — żywo zawołała Salusia.

 

Rozległ się istotnie turkot powozu i tętent koni. Wszyscy ciekawie zwrócili się ku drzwiom, żeby zobaczyć arystokratycznych przyjaciół lorda Antoniego. Tylko dwaj obcy podróżni obojętnie grali dalej w domino.

 

— Tutaj, pani hrabino, — rozległ się miły głos męski.

 

Pan Jellyband poskoczył, żeby otworzyć drzwi i głębokim ukłonem powitał wchodzące towarzystwo, złożone z dwóch pań i dwóch panów.

 

— Witam panią hrabinę w Anglii! — serdecznie zawołał lord Antoni, idąc z otwartemi rękoma naprzeciw gości z za morza.

 

— Zapewne widzę przed sobą lorda Antoniego Dewhurst? — rzekła starsza z pań, mówiąca po angielsku z cudzoziemskim akcentem.

— Do usług pani hrabiny — odrzekł, całując po kolei ręce obu pań, a potem witając panów.

 

Salusia pomogła im zdjąć płaszcze, a pan Jellyband przysunął do komina dwa krzesła, żeby zziębnięte podróżne mogły się ogrzać.

 

Hrabina de Tournay grzała przy ogniu białe arystokratyczne dłonie, patrząc z wdzięcznością na obu Anglików.

 

— Sądzę, że pani hrabina rada jest być u kresu podróży? — zapytał lord Antoni.

 

— O tak, bardzo rada — odpowiedziała i oczy jej napełniły się łzami — zapomniałam o wszystkich naszych cierpieniach.

 

Miała głos nizki i dźwięczny, rysy szlachetne, twarz bladą, na której troski i niepokoje pozostawiły niestarte piętno. Siwe jej włosy były zaczesane wysoko podług ówczesnej mody.

 

— Mam nadzieję, że mój przyjaciel, sir Andrzej Foulkes, okazał się miłym towarzyszem podróży?

 

— Sir Andrzej był uosobieniem dobroci i troskliwości. Zawdzięczamy panom tyle, że nigdy nie zdołamy wypłacić się z tego długu.

 

Towarzyszka jej, młode i śliczne dziewczę ze smutną, znękaną twarzyczką, nic nie mówiła, ale czarne jej oczy, zalane łzami, spotkały sie przypadkowo ze wzrokiem sir Andrzeja i musiały w nim wyczytać wielkie uwielbienie, gdy rumieniec wykwitł na pobladłych policzkach.

 

— A więc to jest Anglia! — rzekła półgłosem, rozglądając się ciekawie po belkach sufitu i nizkich ścianach z dębowemi lamperyami.

 

— Kawałek Anglii — z uśmiechem poprawił ją sir Andrzej — wszystko do usług pani.

 

Uśmiech rozjaśnił słodkie oblicze dziewczęce. Nic nie mówili do siebie, rozumieli się jednak doskonale, albowiem od początku świata młode serca umiały śpiewać pieśń bez słów i do końca świata to potrafią.

 

— Hej! mości Jellyband, wieczerza! — zawołał wesoło lord Antoni — co ta dziewucha sobie myśli? Panie umierają z głodu.

 

— Salusia, a żywo! — krzyknął oberżysta, idąc do kuchni.

 

W tej chwili, we drzwiach ukazała się Salusia, niosąc olbrzymią wazę, z której dobywał się apetyczny zapach.

 

Lord Antoni podał rękę hrabinie i poprowadził ją do stołu.

 

Izba tymczasem opustoszała, gdyż codzienni goście i rybacy usunęli się dyskretnie. Zostało tylko dwóch nieznajomych, bez przerwy grających w domino.

 

Wicehrabia de Tournay przyglądał się z upodobaniem hożej Salusi, krzątającej się koło stołu. Nie miał jeszcze lat dwudziestu, był ubrany z przesadną elegancyą i mówił łamaną angielszczyzną. Straszna tragedya, której omało nie padł ofiarą, nie sprawiła jednak silnego wrażenia na lekkomyślnej jego duszy.

 

— Jestem bardzo zadowolony, że przyjechałem do Anglii — oświadczył kochliwy młokos, patrząc z nietajoną przyjemnością na hoże liczko Salusi.

 

— Prosimy tylko, żebyś nie gorszył Anglików, wprowadzając tu francuskie płoche obyczaje — ze śmiechem odparł lord Antoni.

 

— Zuzanno! — surowo rzekła hrabina.

 

Dziewczę wciąż stało przy kominie, wpatrzone sir Andrzeja, który nieznacznie ujął jej rękę. Słysząc głos matki, panienka zarumieniła się i usiadła przy niej.

 

(d. c. n.).

 

Nasz Dom (tygodnik mód i powieści), 20/26-06-1914