17 maja 1922

Bezdomny kaliszanin... chińczyk.

Wśród kaliszan, których jako bezdomnych losy rzuciły do Warszawy, znalazł się również... chińcyzk, który w Dolinie Szwajcarskiej budzi pewną sensację, a którego historja życia nie pozbawiona jest pewnego egzotyzmu.

 

Obecny wygnaniec z Kalisza podczas wojny rosyjsko-japońskiej został sierotą, w okolicach Mukdenu zabito mu ojca i matkę. Jako 6-letni chłopiec dostał się pod opiekę jednego z oficerów polaków, który zaopiekował się nim i przywiózł go po ukończeniu kampanji do Polski. Tu młodym chińczykiem zaopiekował się ksiądz katolicki, nauczył go języka polskiego, poznał z zasadami wiary katolickiej i ochrzcił.

 

 

Na chrzcie dano mu imię Józef, nazwisko pozostawiono dawne – Wan-Er-Sie.

 

Gdy chłopak z polska niby zdrobniale Wanersiem zwany podrósł, opiekun oddał go na praktykę. Został terminatorem rzeźnickim, bo podobnym fachem zajmował sięjego ojciec. Umieszczono go w Kaliszu w warsztacie Franciszka Zagnera. Wojna pozbawiła go możliwości dokończenia terminu, w którym był półtora roku.

 

- A czemuś uciekł? - pytamy 13-letniego wyrostka o bystrych skośnych oczach.

 

- Nie chciałem, aby mnie szwaby do wojska swego zapędzili, przecież ja tutejszy – odpowiada z pewną dumą.

 

Bezdomny kaliszanin-chińczyk czuje się w Dolinie Szwajcarskiej, jak wśród swoich. Grzeczny, uczynny, pracowity, rad garnie się do każdej pracy, a wzdycha do ukończenia terminu.

 

Możeby mu dopomógł do tego który z majstrów rzeźnickich w Warszawie?

 

Kurjer Poranny, 22-09-1914

Aby dodać komentarz prosimy o zalogowanie się.