29 listopada 1921

U BRYGADYERA PIŁSUDSKIEGO

W zeszycie niniejszym rozpoczynamy szereg wywiadów w sprawach aktualnych z najwybitniejszemi osobistościami doby obecnej w Polsce. Przedmiotowo podane ich głosy oświetlą niewątpliwie nie jedno zagadnienie współczesnego naszego życia politycznego. Oczywiście nie za wszystkie poglądy redakcya bierze na siebie odpowiedzialność.

 

Blizkie a poufałe jest obcowanie dzisiejszego człowieka z największemi wydarzeniami toczącej się historyi. Wzbogaceni obserwacyą i przeżyciami, których będą nam zazdrościły pokolenia następne, ze zbyt blizkiego jednak patrzymy na wszystko oddalenia. I choćbyśmy się na jak najrzetelniejszy objektywizm wysilić zdołali, choćbyśmy jak największą umieli posługiwać się przenikliwością— jasne jest, że

w wielkiej ilości wypadków musimy ulegać lekkomyślnej pochopności, a nawet zupełnej, beznadziejnej dezoryentacyi. Na wątłych podstawach opiera się każdy sąd dzisiejszy— we wnioskowaniu naszem więcej budowli stawiamy na miałkim piasku, aniżeli na skalistej opoce. Każde wydarzenie o dziejowej wadze przewraca tysiące domków z kart. Wprawdzie w nowej konstelacyi niestrudzeni maniacy pracują dalej w pocie czoła, ale znowu niespokojna fala zmywa z powierzchni: ludzi, stronnictwa, uprzedzenia, doktryny, poglądy, wskazania nieomylne... Trwają nienaruszone te tylko idee, które są rdzeniem rzeczy, które rządzą się własnem, niezałeżnem prawem, które są światem dla siebie odrębnym, rozwijającym się na mocy wewnętrznej logiki swoistego bytowania i które dlatego właśnie nie podlegają zmiennym uśmiechom i kaprysom losu.

 

Jedni z niemi w rażącej znajdują się sprzeczności, drudzy w jakiej takiej żyją zgodzie, najlepsi i najrozumniejsi wydobywają je żelaznym wysiłkiem na powierzchnię żvcia. Najwięksi są sami z siebie—ideą.

 

Któż jednak z nieomylną powagą może dzielić te dole pomiędzy współczesnych działaczy? Komuż przysługuje prawo wywyższania i poniżania? Nawet wiara najbardziej fanatyczna nie może przekraczać zakreślonych jej granic. Patrzymy przed siebie i nie wiemy na co patrzymy! Ocieramy się o ludzi, słuchamy ich, wielbimy, nienawidzimy i nie wiemy często, czy jutro ich już nie będzie. To pewne jednak, że obowiązkiem społeczeństwa w w chwilach dlań przełomowych jest przedewszystkiem usuwać przeszkody przed tymi, którzy goreją żądzą czynu. Największem i najgłupszem przestępstwem gromady wobec jednostki jest okradanie jej z woli, ze zdolności działania. Człowiek, który napina cięciwę czynu, powinien mieć miejsce dla swego ramienia, choćby wypuszczona przezeń strzała miała w pustkę ugodzić. Postulat tak zwanej „jednolitości narodowej” jest najczęściej pustym frazesem, ale zasada mądrej tolerancyi musi być w. zasadniczych momentach życia narodowego najświętszem przykazaniem. Każdy płomień energii powinien być podsycany w wielkie, błogosławione ognisko. Nie wolno rzucać kamieni na drogę człowieka, który mozolnie pnie się w górę — bo możemy ukamienować własną przyszłość. Nie bądźmy zbytnio roztropni, przenikliwi i przewidujący. Pierwszym naszym obowiązkiem w chwili dzisiejszej jest rozbijanie przeszkód, a nie ich budowanie. Zwalczać można tylko szaleńców albo bezpłodnych marzycieli.

 

Społeczeństwa żyjące w dobrobycie, społeczeństwa rozwielmożnione i zasiedziałe w swoich prawach i zdobyczach mogą pozwolić sobie na szerokie zróżniczkowanie energii, na eksperymenty katastrofalne, na wyładowania w rozbieżnych kierunkach. Ale społeczeństwo, stawiające pierwsze kroki samodzielne, musi zgęszczać w jedną bryłę to wszystko, co musi być wolą narodową i jego silą.

 

Takiem społeczeństwem jesteśmy.

 

Człowiekiem, który w chwili dzisiejszej domaga się w Polsce miejsca dla swego czynu, jest Józef Piłsudski.

 

Cokolwiekby o nim kto powiedział, nikt go już nazwać nie może ani szaleńcem ani marzycielem bezpłodnym. Od chwili, kiedy przekroczył granicę Królestwa Polskiego na czele kilkuset strzelców, minęło już wiele czasu. Nie ulega wątpliwości, iż powołany przezeń do życia żołnierz polski był przez długi okres czasu najważniejszym naszym atutem politycznym.

 

Wszystkie koncepcye polityczne Piłsudskiego przerastały zawsze o wiele miarę przeciętności. Zdumiewającą była ich prostota, ale tę prostotę spostrzedz można było dopiero wtedy, kiedy już ujawniona została.

 

Nie tu miejsce ani czas, abym choć w rysach pobieżnych i ogólnikowych mógł skreślić dziwną i osobliwą historyę działalności Piłsudskiego — Piłsudskiego niestrudzonego aktywisty polskiego, Piłsudskiego- rewolucyonisty, twórcy żołnierza polskiego, polityka o niestrudzonej wytrwałości i męża stanu, wyrastającego wysoko ponad doktrynerstwa partyjne. Graniczyłoby z płytką zarozumiałością wszelakie osądzanie i wartościowanie już dzisiaj jego czynów. Przyszłość pokaże, jakie będą istotne rezultaty jego żelaznych wysiłków. Potomność będzie mogła dokładnie określić niezwykły w jego działalności stosunek logicznej, konsekwentnej, zimnej i wyrachowanej celowości do romantycznej legendy, która się wiąże nierozdzielnie z jego postacią. Najbliższe dni okażą, czy człowiek ten, który większą część życia swojego spędził w mrokach konspiracyi i w spiskowych katakumbach, potrafi rozwinąć równą energię w słońcu wolności? Czy oczy, które przenikały ciemności niewoli, będą patrzyły równie bystro poprzez wschodzącą zorzę życia? Czy potrafi stworzyć nowe metody działalności i odrzucić od siebie wszystko, co jest pleśnią więzienną? Ta sama chwila, która jest przełomową dla całego narodu, jest i szczególnym probierzem dla człowieka, który ma za sobą życie najdziwniejsze w Polsce...

 

W rozmowie, którą miałem zaszczyt wieść z brygadyerem Piłsudskim, uderzyła mnie dziwna niefrasobliwość, pogoda i głęboki, wewnętrzny spokój. A rozmawialiśmy przecież w chwilach, kiedy decydowały się rzeczy najważniejsze — między jedną konferencyą polityczną a drugą.

 

Brygadyer uczynił na mnie wrażenie człowieka, który przewidział niemal każdą ewentualność, który na każdy wypadek ma już wytkniętą linię czynu. Jakby go już nic zatrwożyć ani zadziwić ni zdołało.

 

Wyczuwało się to mimowoli, jakkolwiek tematów zbyt specyalnych nie poruszaliśmy. Brygadyer mówił przeważnie o ogólnych zagadnieniach naszej współczesnej psychiki narodowej. Jednocześnie scharakteryzował i własną metodę działania. To właśnie stanowiło niesłychanie ciekawy materyał do studyów nad charakterem ludzkim.

 

Pierwszem pytaniem mojem było:

—           Czy ostatnie doświadczenia utwierdziły pana brygadyera w przekonaniu, że może być osiągnięta jednolita akcya polityczna w Królestwie Polskiem?

Na to otrzymałem następującą odpowiedź:

—           Najpoważniejszą przeszkodą w tym kierunku jest zaściankowe życie polityki polskiej. Jednolitość mogłaby być osiągnięta, gdyby grupy polityczne, które się teraz pojawiły, rozporządzały większą sumą znajomości wzajemnej. Pomiędzy ludźmi politycznymi Polski istnieje nieprzebyta ściana, złożona z podejrzeń, obaw wszelakich i uprzedzeń, a nawet starych porachunków. Polacy pomiędzy sobą są, niestety, wrogami nieubłaganymi. Jest to dziwna struna psychiczna, która stała się naszą właściwością, naszą cechą organiczną. Gdyby ta właśnie struna osłabła, postulat jednolitości stałby się natychmiast możliwym.

—           Cóżby należało przewidywać, gdyby usiłowania, prowadzące do stworzenia takiej jednolitości, nie zostały uwieńczone pomyślnym rezultatem?

—           Bez wątpienia akt z 5-go listopada straciłby wiele swojej wartości.

—           Istnieje w naszem społeczeństwie powszechne przekonanie, że państwo niemieckie ogłosiło niepodległość Królestwa Polskiego przedewszystkiem po to, aby na tej podstawie stworzyć sprzymierzoną armię polską. Co o tem sądzić należy?

—           Armia polska równie potrzebna jest Niemcom, jak i nam. Powinien jednak przedewszystkiem wystarczyć fakt, że jest ona właśnie nam potrzebną.

—           Według jakiej zasady, zdaniem pana brygadyera, armia polska powinna być stworzona?

—           Zasadniczym programem każdego nowoczesnego państwa musi być stworzenie armii na podstawie powszechnego werbunku. Postulatu tego jednak nie możemy oprzeć na słusznej zresztą teoryi. W obecnem położeniu naszem program ten nie może być wprowadzony. Przedewszystkiem nie byłby możliwy technicznie do urzeczywistnienia nawet przy najlepszej woli z naszej strony. Trzeba pamiętać, że przy wprowadzeniu powszechnego werbunku wszystkie organa i ciała tej skomplikowanej maszyneryi musiałyby być również powszechnemi. Jedynym programem wojskowym na dzisiaj jest system budowania armii ochotniczej, nie wyrzekając się przytem werbunku powszechnego. Główną jednak przeszkodą i w pierwszym i w drugim wypadku jest „cywilizm” społeczeństwa polskiego. Żołnierz polski jest dla nas bohaterem, męczennikiem, jest naszą dumą, naszem przekleństwem i naszą chwałą. Jest wogóle jakiemś pojęciem abstrakcyjnem—a nie jest zwyczajnym żołnierzem, nie jest poprostu cząstką naszego społeczeństwa. To właśnie stawia psychiczną zaporę i utrudnia wytworzenie polskiego żołnierza. Kiedy byłem na Chelmszczyźnie, usłyszałem takie ciekawe określenie: niemiecki Moskal, polski Moskal, francuski Moskal i t. d. Obcość społeczeństwa naszego dla żołnierza uniemożliwia jego istnienie. Ta obcość jest powszechna i żyje głęboko w podświadomości wielu. Wogóle o wojsku, o technicznych trudnościach i łatwościach budowania armii Polacy najmniejszego nie mają pojęcia. Wojsko polskie to tajemnicza księga, zamknięta na siedem pieczęci, do której Polacy zaglądają tylko w dni uroczyste. Poziom pojęć o żołnierzu jest tak nizki, jak w żadnym innym kraju. Polska jest najbardziej cywilnym narodem na świecie.

—           A przecież tyle się mówi o naszej żołnierskości?

—           Tak, jesteśmy istotnie doskonałym materyałem wojskowym. Wszystkie moje obserwacye podczas wojny to potwierdziły. Ogólnie jednak panuje przekonanie o niższości polskiej w stosunku do wszelkich państwowych zagadnień. Mówi się ustawicznie, że potrzebujemy pomocy obcej, że musimy odrzucić zagadnienia zbyt trudne. Wskutek tego przewiduję w państwowem życiu Polski wielkie trudności do zwalczenia. Poważnemi przeszkodami w budowie państwa polskiego będzie: nasza abnegacya państwowa i nasza apaństwowa kultura. Odbije się to przedewszystkiem na wojsku, które stanic się ciężarem dla ludności.

—           Czy nie widzi pan brygadyer zmian na lepsze w tym kierunku w przeciągu ostatnich dwóch lat?

—           Nie zmieniło się w tym czasie nic na lepsze. Żołnierz stal się popularny, jako osoba, wojsko—nie. Żołnierz to jest bohater, nadziemska istota — wojsko jest niczem. Dla potrzeb żołnierza społeczeństwo zdobędzie się nawet na wielką ofiarność, ale dla wojska, jako dla osobnego ciała, nie ma najmniejszego zrozumienia.

—           Wydaje mi się, —pozwoliłem sobie wtrącić— że są to nieodzowne skutki stu lat niewoli. Prawdopodobnie każdy inny naród...

Żachnął się na moją uwagę brygadyer.

—           Tak, wytłómaczyć wszystko można. Przyczyny istnieją niewątpliwie — w historyi nic się bez przyczyny nie dzieje. Ja zarzutów narodowi polskiemu nie robię. Ale jestem człowiekiem realnym, biorę rzeczy tak, jak one są, a nie tak, jakbym chciał je widzieć. Tlómaczyć ten stan, to rzecz historyka. Gdybyśmy tu rozprawiali jako socyolodzy, jako filozofowie, moglibyśmy toczyć długie dyskursy. Ale ja biorę te rzeczy jako praktyk. Przerabiałem przecież je przez cale życie i starałem się zawsze patrzeć na nic bez żadnej złudy, bez żadnej iluzyi. Zdawałem sobie zawsze sprawę z trudności' i usiłowaniem mojem było zawsze budzić ambicyę przełamywania tych trudności. Wyznaję całkowicie zasadę, którą wypowiedział największy człowiek na świecie — Napoleon: „Sztuką łamania przeszkód jest sztuka nie uważania tego lub owego za przeszkodę”. Niestety, u nas częstokroć ma się zbyt wiele myślowych, pojęciowych zawad. Często przystępuje się do przezwyciężenia trudności z rozpaczą, zapałem albo nie przystępuje się wcale. Tymczasem należy przedewszystkiem usunąć te psychiczne przeszkody. Potem należy czynić to, co jest najbardziej celowe. Jedne przeszkody obchodzi się, inne wprost się przełamuje, czasem trzeba mosty budować przez rzeki, czasem przelatywać ponad niemi. Ogromnie rozpowszechnione jest u nas pojęciowe wytwarzanie przeszkód i panowanie słowa nad rzeczywistością. Na każdym kroku widać, jak ludzie tworzą fetysze, argumenty i przeróżne twory, które, żyjąc życiem własnem, stają się potem dla ich twórców nieprzebytą zaporą. Jest u nas historyczny brak szerszej pracy realnej. Na zwężonem polu pracy osiągamy ładne, bardzo ładne rezultaty. Skoro jednak społeczeństwo polskie przekracza te granice, cofa się już z przerażeniem przed każdą przeszkodą. Zawsze wystawia się ten argument, że Polacy budować nie mogą. W życiu organicznem wykazano dużo zdolności, ale wszystko, co jest tego życia nadbudową, uważane jest za niemożliwe. Dzięki nieszczęśliwemu naszemu losowi wytworzyły się w Polsce niezwykłe w tym kierunku przeszkody psychiczne. Rozmawiając z niektórymi Niemcami, zawsze na to zwracałem uwagę, że we wzajemnych naszych stosunkach następuje spotkanie dwóch kultur odrębnych. Pomijając politykę i uczucie, jasnem jest, że z jednej strony staje przesiąknięta nawskroś państwową kulturą, z drugiej strony naród, który własnego państwa tak dawno nie posiadał, że wyrobił w sobie kulturę apaństwową. Z tego powodu następuje mnóstwo tarć i nieporozumień nawet w przyjacielskim stosunku. To są rzeczy tak różne, jak dwa światy. Parę pokoleń minąć musi, zanim stworzy się znowu państwowa kultura polska. Pokolenie dzisiejsze, które zostało powołane do rozstrzygnięcia zawiłych zagadnień współczesnych, nie dorosło do zadań swoich.

—           Czy więc wobec tego należy wyprowadzać zbyt pesymistyczne horoskopy dla naszej przyszłości?

—           Sądzę, że nie i to z dwóch powodow. Przedewszystkiem istnieje pracująca za nas historya.

Tu brygadyer wybuchnął wesołym, niefrasobliwym śmiechem.

—           Tak — pozwoliłem sobie wtrącić — otrzymaliśmy niepodległość w sposób pozornie najmniej prawdopodobny.

—           Los nas wyręcza. Powtóre istnieje także ze strony samych Polaków bardzo dużo tęsknoty do ładu i porządku, opartego na samym sobie. Ta tęsknota niewątpliwie istnieje we wszystkich sferach naszego społeczeństwa. Wojna, która przewaliła milionowe armie w jednym i drugim kierunku, zostawiła takie ślady i przewróciła tyle ustalonych i ustalanych pojęć, że mimowoli zrodziła się u ludzi tęsknota, aby ustaliło się to nareszcie w jakiś sposób, aby to było nareszcie polskie ustalenie. Spotykałem ślady tej tęsknoty nawet u ludu naszego— często w stanie podświadomym. Jest u nas mimo wszystko dużo dobrej woli. Rzecz jest do przezwyciężenia. Nie zamykam oczu na trudności. Własną samodzielność naród nasz musi zdobyć za wszelką cenę. Uleczyć swoje choroby, poprawić złą budowlę, zdrowe rzeczy wznosić może tylko samo społeczeństwo. Można korzystać z nauk obcych, ze zdobyczy, które świat wytworzył, a które nas ominęły. Ale musimy umieć to w dalszym ciągu przerabiać. Polska musi się sama rozwinąć, musi czem prędzej objawić niezmożoną chęć rozwoju. Inaczej stać się może igraszką losu.

STANISŁAW DZIKOWSKI.

Tygodnik Ilustrowany, 6/12 stycznia 1917

Aby dodać komentarz prosimy o zalogowanie się.