16 stycznia 1922

Pożar Tomaszewa lubelskiego.

Straszny pożar nawiedził powiatowe miasto Tomaszów lubelski w Królestwie Polskiem, liczące obecnie przeszło 6 tysięcy mieszkańców obrócił w perzynę prawie trzy czwarte miasta, rzucając na pastwę tułactwa i głodu kilka tysięcy mieszkańców.

 

Pożar wybuchł około godziny 2-giej w nocy 28-go maja w drewnianym budynku, położonym niedaleko izraelickiej synagogi w najgęściej zabudowanej części miasta. Zaalarmowane wystrzałami szyldwacha, gwizdkami i trąbkami strażaków miasto bardzo powoli się budziło, przyzwyczajone do codziennych niemal alarmów, gdyż pożay w okolicznych wsiach są w ostatnich czasach zjawiskiem bardzo częstem. Pół godziny niemal upłynęło od wszczęcia się pożaru, zanim kilkunastu z zawiązanej niedawno straży ogniowej zabrało się do gaszenia ognia,

Ale nie mając odpowiednich środków, napróżno usiłowali opanować rozszalały żywioł. Ogień rozszerzał się z niezmierną szybkością, znajdując łatwy żer w drewnianych i gęsto zabudowanych domach. Ledwo czasu starczyło na wynoszenie najpotrzebniejszych rzeczy z domów na ulice, które i tak wkrótce padły ofiarą ognia. Zanim sprowadzono 3 sikawki, już przeszło dziesięć domów stało w płomieniach. Teraz okazał się najzupełniejszy brak wody tak, że z kałuży nalewano błoto do beczek, które zamulało sikawki, nie przepuszczając wody. Wschodzące słońce zastało już ćwierć miasta w ogniu. Napróżno coraz większe tłumy ludności pomagały w akcyi ratunkowej, oblewając domy wodą. Mokre dachy błyskawicznie wysychały, gdy ogień się do nich zbliżał i od samego żaru buchały odrazu jasnym płomieniem. Nie pomogło chaotyczne burzenie domów, nie pomogły czary i lamenty rozpaczliwie. Pożar rozlewał się coraz szerzej, objął wielką murowaną bóżnicę i szkołę, w nieubłaganym pochodzie dotarł do rynku i po porządku niszczył wszystkie składy i sklepy, następnie zwrócił się na południe, pożerając murowane domy głównej ulicy Lwowskiej. Niedosyć na tern. No obszerny plac rynkowy, gdzie złożone były sprzęty mieszkańców, rzucał snop iskier i spalił to mienie. Nie mogły mu stawić zapory ni ulice szeroko, ni plac nawet, który na kilkaset kroków oddzielił ogień cd dalszych budynków; zajęły się od iskier i domy, położone z drugiej strony rynku i ulicy Lwowskiej. Zdawano się, że całe miasto, a z niem i piękny, stary modrzewiowy kościół parafialny spłonie. Ale na szczęście wiatr zmienił się w kierunku dużego placu niezabudowanego i to umożliwiło matowanie reszty miasta. Po godz. 10-tej rano pożar przestał się rozszerzać, a tylko nadal przetrawiał to, co przedtem objął. Przez cały dzień i noc nastepną dogaały zgliszcza, olewając pogorzelców gryzącym, gęstym dymem.

Ogień powstał skutkiem nieostrożności w domu, gdzie tajemnicą nocami pędzono spirytus. Że przybrał tak ogromne rozmiary, to winą tego jest główni A sposób budowania domów, które są prawie wyłącznie drewniane i nagromadzone gęsto przy sobie. Do utrudnienia akcyi ratunkowej przyczynił się ogromny brak studni w mieście i brak doświadczenia u świeżo zorganizowanej straży pożarnej ochotniczej.

Miasto, które już wskutek wojny wisie ucierpiano od pożarów, przedstawia, dziś widok grozą przejmujący. Około 200 budynków zamieniło się w gruzy; szkielety kominów ciągną się dalekiemi szeregami wzdłuż i wszerz, a pod niemi zwęglone szczątki domów i sprzętów. Kilka tysięcy mieszkańców, prawie wyłącznie żydów, zostało bez dachu nad głową, w największej nędzy. Natychmiastowa pomoc dla nieszczęśliwych pogorzelców konieczna.

 

Praca: tygodnik polityczny i literacki, ilustrowany, 16-06-1918

Aby dodać komentarz prosimy o zalogowanie się.