28 stycznia 1922

TEATR ROZMAITOŚCI. „Szlakiem Legionów".

Dramat w 4-ch aktach H. L. Morstina.


Utwór wytwornego poety zniewoliłby sobie z pewnością w każdym czasie względy publiczności wdziękiem szczerym i niewymuszonym, ewokacyą przeszłości górnej i chmurnej, sercu polskiemu zawsze drogiej. W dobie dzisiejszej znalazł oddźwięk znacznie silniejszy. Dziwnym zbiegiem okoliczności tkwią w nim motywy, które, jak przed stu zgórą laty, i w tej chwili, w ileż zmienionym niestety! kształcie! — dręczą nieszczęśliwą duszę polską. I wówczas, gdy mówiono o Polsce, ból chwytał za trzewia, szarpał męką niewysłowioną. Lecz niedawna, samoistna przeszłość. Wielki Sejm, — i inne wspomnienia — żyły w pamięci, w jedne pragnienia strojąc uczucia i myśli. Poryw był wielki, żywiołowy, a choć nadzieje spełnić się nie miały, lot zwycięskich orłów był wzniosły i bohaterski. Honor polaków był w dobrych rękach i oddawano go tylko Bogu.


A dziś?...


Nie czyńcie porównań! Nie kalajcie przeszłości górnej i chmurnej analogiami, które duszę obejmują gęstą, gryzącą mgłą smutku, niecą w umyśle obrazy potworne, okropne, j jak po gorączce, z o stawiają niesmak zjadliwy. Czy tylko sto lat minęło? Nie więcej?...

 

Odpędźmy myśli natrętne i kąsające. Poddajmy się urokowi poezyi prostej i niewymuszonej, która sprawia, że mimo braku wątku i wyrazu dramatycznego, mimo nazbyt jawnego naśladownictwa formy Wyspiańskiego. — „Szlakiem Legionów" wywiera wrażenie bardzo mile, czaruje delikatnemi barwami, jedna autorowi sympatyę. Oczekiwane mocniejsze słowo nie odzywa się; nie zjawia się spodziewany, potężny gest. Dramat o podkładzie narodowym rozpływa się we łzach ojca, który utracił syna, i łzach kobiety, która sprzeniewierzyła się swej miłości. Wejście Dąbrowskiego ma być niejako symbolem, że troski i rozpacze osobiste muszą milknąć wobec interesów i spraw ojczyzny.

 

Wykonanie dramatu Morstina było nierówne. Pierwsze przedstawienie czyniło wrażenie jednej z ostatnich prób. Zauważyć też należy obecnie coraz częściej praktykowaną, zgoła, niewłaściwą obsadę ról. Od artystów trudno jest żądać samokrytycyzmu. Fałszywy apetyt na role jest ich powszechną słabością. Lecz reżyserya winna czuwać, by każda postać sztuki znalazła—w granicach możliwości — najodpowiedniejszego wykonawcę. Inne względy nie mogą być brane w rachubę. W sobotniej premierze na pierwszy plan wysunęła się p. Szyllinżanka, której nie-pospolity talent coraz świetniejszym połyskuje blaskiem. Frenkiel stworzył doskonałą figurę demokraty z końca XVIII-go wieku. Śliwiński święcił prawdziwy tryumf, jako stylowe paniątko z pod Blachy. Wilczyński starannie opracował trudną rolę podkomorzego. Kawalski stworzył plastyczną sylwetę strarego szlachcica, czasów saskich pomnego. Dekoracye zasługują na uznanie.

Świat, 6/12-02-1915

Aby dodać komentarz prosimy o zalogowanie się.