18 maja 1922

U pana Rena Boyleve

(jednego z 40 „nieśmiertelnych" Akademji Francuskiej).

Najwykwintniejszy ze współczesnych pisarzy francuskich, którego utwory przypominają niesłychanie wycyzelowane arcydzieła mistrzów Renesansu, wydał świeżo nowy tom nowel pod tytułem „Nimfy tańczące z satyrami (Nymphes dansant avecSatyers)“. Nowa ta książka powitana została z tern większem zajęciem, że Rene Boylesve nie jest pisarzem płodnym. Przez dwadzieścia lat pracy autorskiej wydał on zaledwie jakieś 15 tomów, nie starając się przytem ani o reklamę, ani 0 łaski wszechwładnej pani— prasy. Potomek jednej z najstarszych rodzin francuskich z prowincji Anjou (która, jak wiadomo dała Polsce niegdyś króla Ludwika i niezapomnianą Jadwigę), Rene Boylesve z pewnem wielkopańskiem lekceważeniem traktuje swą popularność. Pozwala mu zresztą na to jego niezależność materjalna.

To też powieść jego, za wyjątkiem jednej z ostatnich „Nie jesteś już niczem" (Tu n’es plus rien) noszą na sobie wyraźne piętno pracy spokojnej, artystycznej, nie mającej nic wspólnego z gorączkowym pośpiechem niektórych współczesnych autorów. Może też dzięki temu charakterystyczną cechą dzieł p. Boylesve jest pewna wirgiliuszowska pogoda ducha, która spotyka się w dziełach epickich pisarzy starego Rzymu i, rzadziej, u autorów Renesansu. Jest to dziwnie słoneczna atmosfera i śmierć nawet sama wydaje się tu jakiemś naturalnem zjawiskiem, ani smutnem ani wesołem. Na tle promiennego krajobrazu przesuwają się postacie, najczęściej jakby schodzące z obrazów Watteau (Leęon d’amour dans un parć), lub malarzy włoskich XVI-go wieku (Divus Aretinus), barwne, wyraziste,- ale jednocześne pełne wykwintnego wdzięku i elegancji, oraz francuskiego dowcipu, tego lekkiego, jak pianka, słynnego francuskiego dowcipu, coraz rzadszego, niestety, u dzisiejszych autorów francuskich.

 

Jaskrawo odbija od innych utworów Rene Boylesve jego powieść pisana podczas wojny pod wrażeniem walki. „Nie jesteś niczem". Jest to jedyny nieco banalny płód jego pióra, choć i tu nie brak cech oryginalnych.

 

...Minąwszy ożywiony plac Trocadero i zaciszną ulicę Franklin, gdzie mieszka były prezes ministrów, Clemenceau, wchodzi się w długą, spokojną ulicę Raynouard, na której większość pisarzy francuskich lubi wyznaczać spotkania parom zakochanych z wytwornego świata. Ulica Raynouard, wąska i długa, przybiera ku końcowi wygląd zupełnie prowincjonalny, od wyglądu tego bynajmniej nie odbija rue des Yignes, mała boczna nliczka pełna zieleni i kwiecia świeżo rozkwitłych drzew.

 

Stylowa siwa służąca w bretońskim czepeczku otwiera ciężką bramę i za okazaniem mego biletu, prowadzi mnie po krętych, wysłanych puszystym dywanem, schodach na drugie piętro do gabinetu pana Boylesve. Gospodarz domu powstaje na moje powitanie z dworską wykwintną grzecznością, do której mięsza się nieco obawy przed „reporterką". Kilka minut rozmowy wystarcza jednak na rozwianie owej obawy i po chwili rozmowa toczy się swobodnie. Rene Boylesve którego portret czytelnicy „Świata" mają przed oczyma, jest wysokiego wzrostu, szczupły i zręczny. Twarz trochę ascetyczna, wielkie badawcze oczy i cały jego wygląd przypominają stare sztychy francuskie z końca XVI-go wieku. Mógłby nosić pancerz i kołnierz z brabanckich koronek.

 

Doskonale harmonizuje z nim jego gabinet, ogromny pokój z ciężkiemi staroświeckiemi meblami, o ścianach otoczonych półkami pełnemi książek w bogatych oprawach, pośród których widnieje kilka bardzo starych dzieł, oprawnych w pergamin. Za oknami przepych wiosennej zieleni. Ani obrazów, ani rzeźb, tylko na niskiej konsoli, oparta o ścianę wspaniała, kopja głowy Jana Chrzciciela Leonardo da Vinci z Luwru, o zagadkowym, dziwnym uśmiechu.

 

Naturalnie pan Boylesve wyraża mi przedewszystkiem swój podziw, że w Polsce znają i czytają pisarzy francuskich.

 

„My Francuzi, nie wiem czemu, jesteśmy wprost ignorantami, gdy chodzi o zagranicę. Ale dlaczego tak mało robicie propagandy polskiej we Francji?"

 

Z powodu wielu aforyzmów, ogłoszonych ostatnio w „Le Monde Nouveau“, p. Boylesve mówi z uśmiechem:

 

— Nas, powieściopisarzy, ogół nie uważa za myślicieli. Prawdopodobnie dlatego, że od czasów Flauberfa my romansopisarze staramy się wpajać nasze myśli przez postacie naszych romansów. Tymczasem ogół czytelników sądzi, że ten tylko myśli, kto każe wypowiadać swym bohaterom lub heroinom długie tyrady, lub wypowiada je sam. Tymczasem ten drugi sposób wypowiadania się jest o wiele trudniejszy i o wiele więcej skomplikowany. Mnie jednak, nie chodzi o popularność i nie jestem autorem, który sprzedaje. Ale niech mi ktoś pokaże we wszystkich moich dziełach choć jedno zdanie napisane bez odczucia i bez miłości sztuki... I dlatego wierzę w przyszłość i nie troszczę się o moją „popularność", pozostawiam ją czasom, które przyjdą.

 

„Jest pan optymistą”.

 

„Jak dotąd, jeszcze nie, ale z wiekiem prawdopodobnie nim się stanę".

 

Mówimy jeszcze o trudnościach, z jakiemi obecnie borykać się muszą młodzi autorzy, pragnący wydać swe dzieła. Pan Boylesve zauważa, że ma to swoje dobre strony i według niego prawdziwe talenty zawsze wychodzą zwycięsko z podobnych walk.

 

Przy pożegnaniu czynię uwagę:

 

— „Dziwno mi teraz będzie wracać do Paryża, mówię. Tak daleko uciekł pan od ludzi".

 

— „Mimo to wracam do nich codziennie. Samotność jako stan stały, nie jest ani dobrą, ani szczęśliwą. Trzeba umieć odchodzić i powracać".

 

M. K.

 

Świat, 31-07-1920

Aby dodać komentarz prosimy o zalogowanie się.