16 września 1921

Nowa opera polska „Dola“.

Słowa i muzyką Bolesława Wallek-Walewskiego.

Jak w literaturze dramatycznej przeróżne bezwartościowe melodramaty lub „sztuki" w rodzaju np. „Obrony Częstochowy" lub t. p. (będące przytem w bliskiem pokrewieństwie z literaturą powieści kryminalnych a zatem i „dramatami" kinematograficznemi) stanowią przeciętny pokarm duchowy dla szerokich mas publiczności, tak i w twórczości operowej powstał w odróżnieniu do klasycznej opery lub dramatu muzycznego jakiś nieokreślony typ widowisk teatralnych, będących ilustracją muzyczną sensacyjnych anegdot na tle wypadków z życia o charakterze wybitnie realistycznym.

 

Dzieła te są niechybnem świadectwem upadku muzyki operowej.

 

Początek tego smutnego objawu należy upatrywać w twórczości włoskiej z czasów już dzisiaj przebrzmiałego „weryzmu", kiedy to świat muzyczny zalany został przez niezliczoną ilość dyletanckich jednoaktówek operowych. W tym nieszczęsnym duchu również Francuzi i Niemcy zdobyli się na ów specyficzny wyrób opery lub dramatu muzycznego, nic nie mającego wspólnego ze sztuką, pojętą w istotnem tego słowa znaczeniu.

 

Realizm, czasem odpychający w treści i formie — chyba największy wróg poezji (a czemże jest muzyka?)—kwitnie w tych na niezdrowej sensacji opartych eksperymentach. W stosunku zaś do poziomu kultury muzycznej odnośnego kraju powstał ten przeciętny typ nowoczesnej opery,—żywym przykładem służyć mogą: „Tosca" Pucciniego, „Luiza" Charpentiera, „Fiefland" d’Alberta, „Der Schmuck der Madonna" WolffFerrari i t. d.

 

Mimo, że kompozytorowie wymienionych oper są wybitnie utalentowani, jednak o trwałości dzieł tych mowy być nie może, schlebiając bowiem mniej szlachetnym instynktom szerszej publiczności, zatraciły pod względem natchnienia i opracowania, znamiona istotnie kulturalne i artystycznie wartościowe.

 

Biorąc pod uwagę ów zgubny rezultat wpływu realizmu na muzykę, dochodzimy do przekonania, że kto nie odczuwa jaką profanacją jest ilustracja' muzyką słów, rażących swą prozaicznością, temu wzniosła mowa dźwięków na zawsze pozostanie niedostępna i napewno nie dotrze do wnętrza tajemniczej świątyni, jaką jest sztuka muzyczna.

 

Niestety autor (librecista i kompozytor w jednej osobie) świeżo wystawionej na scenie teatru Wielkiego opery „Doli" p. Wallek-Walewski w pierwśzem śwem dziele scenicznem kroczy po pochyłej nieszczęsnej tej drodze, dzisiejszej dekadencji muzyki operowej.

 

I gdyby jeszcze, jako muzyk, należycie był zaopatrzony w konieczny rynsztunek bojowy t. j. posiadał pewną zaokrągloną całość wiedzy muzycznej, możnaby, znalazłszy poważniejsze walory twórcze, pominąć całą masę nieporozumień, z których niejedno na poły komiczne, na poły smutne wywołuje wrażenie, jak np. nieodosobnione absurdy realistyczne w rodzaju: na scenie mowa o „przygotowaniu kolacji", w orkiestrze lśni do tego — jako akompanjament — romantyczna barwa smyczków „eon sordini" w połączeniu z harfą, koloryt który po wsze czasy służyć będzie do wyrażania najbardziej eterycznych uczuć.

 

  1. Walewski jednak przystępuje do pracy z naiwną sumą skąpych domysłów w dziedzinie techniki kompozytorskiej i czyni wrażenie jakby naprawdę nie przeczuwał, ile pracy i wgłębienia się w muzykę potrzeba, by módz walczyć jako muzyk.

 

Treść opery „Doli" razi przedewszystkiem ową kinematograficzną fabułę skleconą z przeżyć lat 1914 — 1919 na tle wojny. Aktualność (współczesne ubiory) wraz z krzyczącym realizmem stanowią tło rozbrajającego swą naiwnością i nieudolnością rysunku libretta: twórczość czerpana z „życia" obcą jest istotnej twórczości artystycznej, której źródło leży w fantazji twórcy i w głębszem przeżyciu.

 

Dla ścisłości przytoczyć należy w krótkich słowach treść opery.

 

U dziedzica na wsi atmosfera szczęścia: córka Helena zaręczona z inżynierem Romanem. Wybuch wojny w 1914 roku zachmurza horyzont. Dziedzic przynagla ślub córki, Roman bowiem idzie do szeregów. Jednocześnie kocha się w Helenie student Tadeusz, również udający się na wojnę.

 

W 2-gim akcie wioska, w pobliżu której walka się toczy. W domku u proboszcza (tak przynajmniej sprawozdawca to rozumie) leczy się raniony już Tadeusz. Wobec zaatakowanej wsi (pociski padają na scenę), nie bacząc na ranę, idzie on znów do walki.

 

3-ci akt. W szpitalu, w którym wśród sanitarjuszek znalazła się Helena, a wśród rannych Tadeusz, — odbywa się koncert na scenie. Po koncercie Helena i Tadeusz w rozmowie wzajemnie się rozpoznają (ciekawem jest, iż po kilku zaledwie latach niewidzenia dopiero po dłuższej chwili z trudnością im się to udaje!!) Mąż Heleny, Roman zginął na wojnie, — czemuż nie przyszła kolej na miłość Heleny do Tadeusza? Duet miłosny kończy ten „pełen akcji' akt.

 

W 4-ym akcie idylla: Helena po ślubie z Tadeuszem. Jednak pamięć o Romanie nie wygasła,—tembardziej, że pozostała z pierwszego małżeństwa latorośl: synek.

 

Akcesorja: fotografja w ramce, owiniętej krepą (a jakże) no i babka (prawdopodobnie Heleny?) nosi cięż-^ ką żałobę i wianek na grób (tylko grób Romana niewiadomy). Idzie ona do kościoła modlić się za duszę zmarłego.

 

Tymczasem staje się rzecz wysoce niepożądana i niepraktyczna: Roman nie zginął, a wraca. Ani dziecko, ani niańka nie poznają go. Zdała nadchodzi Helena przy boku Tadeusza, dawnego przyjaciela Romana.

 

Chyba po tak długiej rozłące należałoby podbiedz ku swej żonie,— nie, Roman staje przy murze dworu swego w ukryciu i podsłuchuje rozmowę. Słyszy że o nim mowa—i to mu wystarcza, bowiem pamięć o nim nie wygasła. Zatem będzie mógł wrócić do swego gniazda.

 

Tymczasem Helena z Tadeuszem idą do kościoła, a babka powraca z niego. Romana mimo tylko kilkoletniego niewidzenia nie poznaje (widocznie z powodu odmiennego noszenia zarostu), rozmawia z nim jako z kolegą zmarłego i informuje o powtórnem małżeństwie Heleny. Rozpacz Romana zamienia się w szlachetną rozygnację: postanawia usunąć się z drogi szczęścia młodej pary i odchodzi na zawsze.

 

Libretto świadczy wymownie o horyzoncie literackiem p. Walewskiego,— pełne dziecinnych nonsensów, nieprawdopodobieństw (jak np. ludzie stale się po kilkoletnięm niewidzeniu nie poznają!!), czego bowiem niema w operze „Doli". Groźne strzały armatnie, kościółek i krzyż przy figurze trafiony pociskiem, śnieg prószy, koncert w szpitalu itd.

 

Dodajmy do tego jaknajprozaiczniejszy (co nie znaczy poprawny) język, którego większość zwrotów przypomina rozmowy z Ollendorfa.

 

Strona formalna partytury pod względem muzycznem z pewnością stoi wyżej,—jednak pod względem instrumentacji są też niezwykłe curiosa w wysokim stopniu dręczące ucho słuchacze. Użycie blachy np. w 1-szym akcie stale rozśmiesza zamiast wywołać pożądany efekt grozy.

 

Lecz mimo wszystko to, są chwile w operze p. Walewskiego szczęśliwe, dowodzące niewątpliwie talentu autora. Do nich zaliczymy zakończenie l'go aktu, początek 2-go (bardzo pod względem muzycznym ujmujący), duet miłosny w 3-im, idylliczny nastrój w 4-tym i najlepsze z całej opery zakończenie, w którem to zupełnie wyraźnie ujawnił się pewien sentyment kompozytora i zdolność wywołania nastroju. Niejedno w tych momentach zdradza owo coś, co winno skrzepnąć i z czasem wydać może rezultat dodatni. Trzeba tylko chcieć i z samozaparciem siebie poważnie raz jeszcze wgłębić się w tajniki wiedzy muzycznej oraz starać się rozszerzyć horyzont ogólnej swej kultury.

 

Wysoce staranna była wystawa opery: artyści nawzajem prześcigali się w dobrych chęciach:

 

  1. Kuncewiczówna wlała nawet w nieudolnie skreśloną (przez autora) postać Heleny źdźbło uroku i opiewała bardzo dobrze brzmiącym głosem.

 

  1. Dobosz z zapałem świetnie wywiązał się ze swego zadania w roli Tadeusza.

 

Ale i reszta wykonawców (że wymienimy pp. Boguckiego, Brzezińskiego, Mossoczego i Krzyżanowską) wyróżniała się poprawnem ujęciem niewdzięcznych ról.

 

Dyssonansem był tylko niemożliwie piskliwy śpiew (?) małej Kamińskiej w roli dziecka- Cóż to za niefortunny pomysł, zakrawający na niewczesny żart?

 

Orkiestra pod batutą kompozytora przykładała wszelkich możliwych starań, by dzieło w jaknajlepszem świetle przedstawić.

 

Ogólnie podobały się malownicze dekoracje, a już zachwyt wzbudziła piękna perspektywa długiej aleji w akcie ostatnim. Juljusz Wertfreim.

 

Świat, 09-10-1920

Aby dodać komentarz prosimy o zalogowanie się.