25 września 1921

Teatry Warszawskie.

Południca" Staffa i „Fircyk w Zalotach” Zabłockiego.

W dramatach Leopolda Staffa, pisze Antoni Potocki w swej „Literaturze", — „za każdym razem tragizm sytuacji zjawia się przed nami w całym rynsztunku, gotowy: sztuce pozostanie już raczej tragiczny motyw — z tragizmu rozebrać... Dramat, skrystalizowany najsampierw w niezbyt gotowej formie, potem zaś wpływający już coraz łagodniejszą falą powtórzeń: oto szemat dramatu książkowego... Dramaty Staffa przynoszą nietylko tok przepięknej poezji: jest w nich dużo inwencji ściśle scenicznej. Nie mniej są dramatami książkowemi, dramatami po dramacie".

 

Wszystkie te uwagi można w znacznej mierze zastosować i do najnowszego dzieła scenicznego Staffa, które wystawił obecnie Teatr Rozmaitości (Letni). W „Południcy" cały dramat skupia się w Lym akcie. Wszystko, co się potem dzieje, jest tylko koniecznym skutkiem złego czynu. Autor — uosabiający dojrzałość męską, już w młodzieńczych latach osiągniętą — stoi wobec swych szarpiących się w męce bohaterów spokojny, wyrozumiały, nieco chłodny.

 

I przytem Staff, usiłując się nagiąć do wymagań sceny, wpada wielokrotnie w realizm, w którym jest mu obco. Skoro poeta zjawia się na scenie, pragniemy, aby pozostał poetą, aby snuł dalej swe marzenia i zadumy. W „Południcy" poeta przemienia się nań, lecz zbyt rzadko, — ludzie, których wyprowadza na deski, usiłują mieć kształty i giesty człowiecze. I tu załamuje się wysiłek twórcy. To środowisko chłopskie, w którem rozgrywa się tragedja miłosna „południcy", przygniata swym realizmem poetę i poeta, który je stworzył, nawykły szybować wysoko, nie jest w stanie tchnąć w nie realnego życia.

 

Pojedyncze sceny, a zwłaszcza cały 1 akt świadczą, że w Staffie tkwi pisarz teatralny. Jeśli w „Południcy" nie osiągnął takiego tryumfu, jakiego godzien jest jego niepospolity talent,—to, korzystając z doświadczeń, zdobędzie niechybnie ten tryumf w przyszłem dziele. Oczekiwać go będziemy z upragnieniem. Bo któż, jeśli nie ten pisarz „wieczystej młodości, spełniającej się w dojrzałości ducha", przeznaczony jest do wprowadzenia Poezji do teatru!

„Południcę" reżyserował i wystawił bardzo starannie p. Śliwicki. Główną rolę odegrała p. Mirska. Stworzyła postać rodzimej Carme" ny — widzimy z wielkim ogniem, dając mu się nawet w pewnych momentach nadto owładnąć. Brakło jej może cokolwiek tajemniczej zagadkowości. W każdym razie kreacja ta należy do najlepszych w karjerze artystycznej p. Mirskiej. Inne role są mniej wdzięczne dla wykonawców. P. Tekla Trapszo oraz p.p. Józef Węgrzyn, Roland i Bednarczyk borykali się zwycięsko z trudnościami, starając się wydobyć na jaw całe piękno Staffowskiego wiersza. Wyborną była w roli wiejskiej plotkarki p. Zofja Czaplińska.

 

„Fircyk w Zalotach" w Reducie jest tryumfem p. Osterwy jako artysty i jako reżysera. Dopomógł mu malarz, p. Rzecki, stwarzający w ciasnych ramach tej sceny stylową dekorację, jaśniejącą wdziękiem. Na scenie ożyły figurynki z saskiej porcelany, nieco sztuczne i konwencjonalne, ale beztroskie, filuterne, przemiłe. Osobiście nie uważam „Fircyka” za takie arcydzieło, jakiem chcą je widzieć niektórzy moi koledzy. W tych trzech aktach gadatliwego lecz powierzchownego badinage’u nie ma nic polskiego. Takim chciał mieć teatr dwór króla Stasia, — i Zabłocki przerabiał soczystym wierszem polskim francuskie dyalogi, nawet nie umiejąc się dobrać do najlepszych wzorów.

 

Ale z tych nieustannych zwierzeń i przekomarzań tchnie rozkoszna, niefrasobliwa pustota. Ożyły figurynki z saskiej porcelany, uśmiechają się, dąsają, podskakują, — zawsze w sztucznem tempie tanecznem, nawet gdy zniecierpliwiona ręka wymierza szturchańca. Ta wykwintna, barwna i strojna jałowość byłaby może uciążliwą, gdyby trwała dłużej, gdyby się powtarzała częściej. W szarym, przeważnie współczesnym repertuarze naszych teatrów „Fircyk” będzie przyjemnem wytchnieniem. W znacznej mierze dzięki świetnej, mistrzowskiej grze Osterwy, który w tytułowej postaci dał maximum wdzięku, swobody, dowcipu, lekkości i elegancji schyłku 18 wieku. Doskonałą partnerką jego była p. Dulęba, artystka, której ostatnie kreacje są zgoła pierwszorzędnej wartości. Może czasem ruchy jej były niepotrzebnie sztuczne. Z całości jednak potrafiła wydobyć wytworną espieglerie, stanowiącą cechę epoki. W grze innych artystów— p. Rolandowej, p p. Maszyńskiego, Poręby, Myszkiewicza widoczna była usilna praca i reżysera, i ich samych. Gdy widome ślady tej pracy znikną, przedstawienie zyska jeszcze na rozmachu.

 

S. K.

Świat, 23-10-1920

Aby dodać komentarz prosimy o zalogowanie się.