16 maja 1922

„Balladyna" w Teatrze Polskim

 

„Balladyna” na scenie Teatru Polskiego. Akt I-szy, scena 3-cia. Wdowa (p. Winiarska), Kirkor (p. Wiślański), Balladyna (p. Wysocka), Alina (p. Przybyłko-Potocka), Skierka (p. Tatarkiewiczówna), Kirkor (do siebie). Jaki wybór trudny! starsza, jak śniegi, - u tej warkocz cudny, niby listkami brzoza przyodziana...

 

 

 

Wystawienie „Balladyny" w Teatrze Polskim jest tego roku głównym momentem wiosennego sezonu teatralnego, zamykającego wszędzie każdą kampanię doroczną emigracyą przedwakacyjną z kuźnic wielkomiejskich. Jeszcze budzi niesłabnące zaciekawienie mistrzowska gra Kazimierza Kamińskiego, który w Teatrze Małym wstrząsa nerwami widzów, odtwarzając rozdwajanie się osobowości „prokuratora Hallersa; jeszcze ujrzymy przed latem po dramatach historycznych Rydla kilka nowych premier komedyowych, poważniejszych i lżejszych, w Rozmaitościach i Nowościach, ale, z punktu widzenia wielkiej sztuki i najszczytniejszych zadań teatru, pierwsza próba odtwarzania Słowackiego na nowej scenie naszego miasta zajmuje stanowisko naczelne.

Dyrekcya Teatru Polskiego zastosowała do „Balladyny" wszystkie bogate środki, którymi rozporządza, i metodę, której hołduje, metodę artystycznego realizmu, oczywiście pojmowanego nie bezwzględnie, ale w stosunku do danego utworu. W tym kierunku, pozyskawszy nieocenione współpracownictwo Ruszczyca, osiągnęła prawdziwie świetne rezultaty. Odtworzenie trzech światów, powołanych do życia przez wyobraźnię poety; fantastycznego, ludowego i rycerskiego, tło pejzażowe, wnętrza chat i zamków, stroje i zbroje — wszystko, aż do najdrobniejszych szczegółów skupiło się, aby dać jak najplastyczniejszy, możliwie realny wyraz tęczowym i chmurnym wizyom Słowackiego, z zachowaniem zarówno artystycznego, jak i szekspirowskiego stylu „Balladyny". W większości scen i obrazów udało się to w zupełności. Może tu i owdzie przepych dekoracyi prawie że przyćmiewał osoby dramatu, może czasem jakiś efekt świetlny mógł wypaść jeszcze wierniej i złudniej, i ale nie da się zaprzeczyć, że, stojąc konsekwentnie na gruncie swojego ujęcia inscenizacyi „Balladyny", Teatr Polski wykazał pomysłowość i artyzm wysokiej miary. Skojarzenie słowa, kolorytu i linii, a niekiedy i muzyki (autorem jej Henryk Opieński) osiągał nieraz zupełne zharmonizowanie składowych pierwiastków „Balladyny". Ostatni obraz sądu i kary, spiętrzony na kamiennych stopniach tarasu wieżowego, jakby pod samem sklepieniem niebios, był wspaniałym wyrazem nastroju wiszącej w powietrzu tragicznej grozy. Nie można też pominąć ogromnego trudu wyreżyserowania, zwłaszcza tylu scen zbiorowych, z którego w stylu ogólnym inscenizacyi tak szczęśliwie się wywiązał p. Maksymilian Węgrzyn.

Chciałbym uczynić zastrzeżenie co do Filona, niewłaściwie przybranego w ubranie chłopkie, jak Grabice. Tę postać sentymentalnego poszukiwacza „cudu wyobraźni", nie połączoną ściśle z żadnym z trzech światów, występujących w „Balladynie", może byłoby lepiej ubrać w strój arkadyjskiego pasterza lub średniowiecznego trubadura, do których stylem prędzej się zbliża, niż do nadgoplańskich, nawet bajecznych wieśniaków.

Przejdźmy teraz do wykonawców samej akcyi, tych jednych, co według słów poety w całej tej tragicznej balladzie są prawdziwymi ludźmi i mają nasze, ludzkie serca.

Bohaterka tytułowa, Balladyna, w drugiej części utworu, odkąd zostaje grabinią Kirkorową, należy do najtragiczniejszych parweniuszek w literaturze wszechświatowej. Jeżeli, jako wiejska dziewczyna zabija siostrę przez żądzę wyniesienia się, przez pychę, co ją pożera, to później, równorzędnie z pychą działa w niej, niby żmija pierś gryząca, straszliwa obawa przed ujawnieniem jej nizkiego pochodzenia. Ona nie tylko chce być samodzielną, wszechwładną królową, lecz i uchodzić za królewnę od urodzenia. Dlatego spełnia nowy szereg zbrodni, dlatego tylko drży przed widmami przeszłości, ale dlatego jednocześnie z genialną przenikliwością nabiera szybko coraz więcej istotnych cech wielkości i majestatu urodzonej władczyni. W pierwszych scenach na zamku Balladyna jeszcze się uczy być panią, podczas uczty zrzadka wypada z tonu, w namiocie — to już wódz pewny siebie, wreszcie na tronie—król w każdym calu, nad którym na ziemi niema już nikogo. P. Wysocka szczególnie w tej drugiej fazie Balladyny stworzyła kreacyę pierwszorzędną, wręcz znakomitą. Rosła, przeobrażała się w naszych oczach, nie przypominając Lady Makbeth, ale jakieś Semiramidy, Teodory czy Fredegondy. Była kobietą, była władczynią, a zarazem była Balladyną w stylu Słowackiego. Natomiast w pierwszej fazie wiejskiej dziewczyny, weryzm czy realizm, choć pełen niepospolitej ekspressyi, przejaskrawił trochę styl balladowo - romantyczny utworu.

Obok Wysockiej świetny zespół tworzyli w ważniejszych rolach: pp. Przybylko-Potocka—słodka Alina, Winiarska-wdowa, Józef Węgrzyn—Kostryn, istny drapieżny ryś przy krwawej tygrysicy, Jerzy Leszczyński—Grabiec, wyborny w rubasznej i jędrnej jowialności zabawnego chłopa, i Szobert—pustelnik.

Goplana przedstawia dużo trudności w odtworzeniu na scenie, łącząc eteryczność i chłód rusałki ze smętkiem w gruncie rzeczy śmiesznej, a jednak nic ośmieszającej jej miłości. P. Kozłowska wdziękiem ruchów i pozy, melodyjnością dykcyi sprawiła ujmujące i poetyczne wrażenie. Udały się jej dwa dyabliki: dobrego serca—żwawy Skierka, o kształtach motyla—p. Tatarkiewiczówna, a jeszcze bardziej leniwy wilkolaczek Chochlik—p. Starska.

Długość pierwszego przedstawienia, pomimo skrótów w tekście, wypływająca z trudności wielce skomplikowanego widowiska, i którą zresztą przy następnych przedstawieniach doprowadzono do normy 4-ch godzin, wywołała dyskusye nad skracaniem i przerabianiem dla sceny wielkich utworów poezyi dramatycznych, nie liczących się z warunkami czasu. Wypowiedziano nawet zdanie, że godziłoby się dla rzekomych potrzeb sceny nie tylko opuszczać, wykreślać niektóre fragmenty, ale przekształcać rzecz całą z możnością dorabiania ad hoc nowego tekstu dla zachowania zrozumiałej ciągłości akcyi. Nie sądzę, aby to było potrzebne i właściwe, szczególnie wobec utworów własnych poetów. Nie zapominajmy, że wiersz ich, język jest jednym z najważniejszych a integralnym składnikiem ich piękności.

Po przeczytaniu „Balladyny" woła Krasiński do Gaszyńskiego: „Co za wyuzdana, bezczelna łatwość pięknych wierszyi"—Przy odsłonięciu pomnika Juliusza w Miłosławiu z „Balladyny" bierze cytatę Sienkiewicz, charakteryzując przedziwny urok i blask nieśmiertelnego słowa poety. I w tekst takiego mistrza, w utwory jego, całkowite i skończone, mianoby interkalować cudze rymy, mianoby dla desek scenicznych modernizować Słowackiego po polsku, dlatego, aby... o pół godziny wcześniej pójść na kolacyę! To jeszcze chyba o wiele zawcześnie i wątpię, czy kiedy przyjdzie na to pora.

IG. BALIŃSKI.

 

Tygodnik Ilustrowany, 16/22-05-1914

 

Aby dodać komentarz prosimy o zalogowanie się.