28 stycznia 1922

W GOŚCINIE U WOJSKA POLSKIEGO

Rok temu jeszcze, w Paryżu, śnił mi się jasny i słoneczny sen o Tryumfatorach: o tych, co poszli w „mgłę poleskich dróg”, o tych wszystkich, którym Bóg miłościwy zwolił zarzewie wojny nieść hen, na Litwę, na biota Prypeci, pod stare mury Chocimia.

„Z pod Ostrołęki, z pod Grochowa „Toczy się żywych piersi wał,

„—I leci w niebo pieśń bojowa—

„—Sam Książę Józef rozkaz dał”.—

Nić żywej tradycyi, chwała polskiej broni, blask polskiego oręża—wszystko to było w śnie o Tryumfatorach. Dziś—danem mi było przeżyć nie sen, ale rzeczywistość, nie rapsod bijącej żywem tętnem poezyi, ale całe dwa niezapomniane, słońca pełne, dni, spędzone w gościnie u Wojska Polskiego.

Czyżów, Ostrołęka, Zambrowo... Szerokie polskie równiny, tyle razy skropione ofiarną krwią.

Tyle mogił wokoło—dawnych, zapomnia-nych zupełnie—i tyle nowych krzyżów przy-drożnych, tyle mogilników, tyle śladów wojny, co przeszła znów przez te strony. Mój Boże! jakże się to mało zmieniło: popalone wsie i folwarki, groby żołnierskie, lasy na horyzoncie, moczarzyska szerokie... Tak samo tu było lat temu osiemdziesiąl sześć. Kto wie, może to z tego miejsca właśnie, wsparłszy notes o łęczek kulbaki, pisał do żony je-nerał Ludwik Kicki: „ludzie moi zabrali bagaże jenerała Bistróma; rozdałem im wszystko i, mimo bogatego łupu, jak byłem, tak jestem biedakiem”. Może to na tamtem wzgórzu zjawił mu się—jak widzenie nadziemskie —ów starzec, modlący się z wyciągniętemi w górę rękoma—jak się dowiedział później—żołnierz kościuszkowski. Kto wie—może z tam tego dalszego wzgórza, ku Ostrołęce, widać te sławne błotne topiele, gdzie wpędził kawaleryę Skrzynecki.

—           Śmierć pewna—mówi Prądzyński.

—           Obowiązkiem jest ginąć, spełniając rozkazy—twardo odpowiada naczelny wódz.

I ginęli spokojnie, z głuchym żalem w sercu, że giną, i nie będą mogli dalej służyć Ojczyźnie. Ginęli, jak ów Ludwik Kicki, na dwoje rozdarty, który patrzył w niebo z uśmiechem i myślał o swoich... Panie pułkowniku Żymierski... takie oczy i pan miał wtedy w szpitalu, walcząc resztką sił swoich z ogniem czternastu ran. Takie oczy znów na polskie niebo spojrzały, by sam błękit rozjaśnić i blaskiem tym opaść na ziemię.

Osiemdziesiąt sześć lat... Minęły te lata jak sen, gorzki, upiorny sen. Odeszły pokolenia, odeszli dawni ludzie, ale rok trzydziesty pierwszy trwa jeszcze. Widziałem to, czułem, i przeżyłem z wami. Panowie oficerowie pierwszej brygady, stojącej w Zambrowie! Żołnierze polscy! Kochany drugi pułku żelazny, zwólcie, że słowem swojem złoży wam tutaj cześć jeden z tych, co na obczyźnie, w wirze obcej wojny o was długie lata marzyli i tęsknili za wami. I wam, panowie oficerowie sztabu, którzyście mię w Warszawie po bratersku przyjęli. I wam w szczególności, panowie pułkownicy. Odjeżdżając z kraju, wywożę radość i siłę: oto długo i serdecznie ściskałem dłonie dzielnych ludzi.

Szczęśliwy zrządził, że zastałem w Zambrowie prof. d-ra Jerzego Mycielskiego, pierwszego gościa wojska polskiego. Podejmowano go wspaniale. Nie mówiąc już o synowskim stosunku pułkownika Żymierskiego i brygadyera Januszajtisa do zasłużonego przyjaciela Legionów, podkreślić tu pragnę ową jasną, słoneczną prostotę, z którą odnosili się do dostojnego gościa brygady oficerowie i żołnierze.

Żyliśmy życiem pułku. Z pułkiem razem szliśmy do kościoła na mszę. Z pułkiem razem słuchaliśmy w skupieniu żołnierskiego na-bożeństwa. Widzieliśmy szary łan mundurów polskich, pokłosie głów, chylących się na Pod-niesienie. Razem z grupką oficerów szliśmy przed pułkiem, by stanąć na wzgórku i patrzeć, jak przed nami defiluje żelazny pułk drugi, jak błyszczą nagie szable oficerskie, i patrzą ku swemu pułkownikowi wierne, żołnierskie oczy.

Byliśmy w koszarach, widzieliśmy życie codzienne, kwatery, zabawy, zeszyty wierszy o bajecznym rozmachu i temperamencie. Widzieliśmy wreszcie w polu i na placach przed koszarami ćwiczenia.

Szły karabiny maszynowe—stawały na pozycyach. Kompanie rozwijały się w długie linie, rozsypywały się w tyralierę. Szło wszystko sprawnie, sprężyście, z takim ogniem rzetelnym, z energią niebywałą. I te oczy, te oczy żołnierskie, w pułkownika wpatrzone...

Mimowoli porównywałem tę sprawność, to wyszkolenie pierwszorzędne, z zaniedbaniem francuskiego żołnierza. Spędziłem we Francyi długie lata, lecz ani razu nie widziałem takiego żołnierza, jak polski.

To trudno. Sam materyał nie wystarcza. Potrzebna jest jeszcze szkoła, ta świetna szkoła, i chrzest krwi i ognia, który tak wykuł duszę polską, tak ją zahartował i wzmocnił ogromnie. Potrzeba było Karpat i Styru, Lu-blina i Polesia, by tchnąć to wszystko w serca, co dzisiaj błyszczy w oczach żołnierskich i przewija się w tym szarym wężu naszego polskiego wojska, maszerującego przez łomżyńską równinę.

Nie zdoła zapomnieć nawet człowiek bez serca tych dni, cośmy w Zambrowie przeżyli. Dźwięczy mi jeszcze w uszach piosnka żołnierska. Rok trzydziesty pierwszy powracał na skrzydłach pieśni. Cóż stąd, że uschły dawno te rozmaryny, do których śpiewali żałosne melodye ułani Dwernickiego? Cóż stąd, że dawno już w grobach te dziewczęta polskie,

O których mówi piosenka?

Wszystko to jest niczem, popiołem, rosą, uśmiechem tylko—wobec rzeczy żywych i silnych. Wobec tych serc, które biją dla rzeczy świętych, dla jedynych, o które modlić się warto i walczyć. Czem życie ludzkie, czem gorycz doczesnego cierpienia, wobec tej Polski idącej, Polski miażdżącej wszelki chwast doczesności wielkim rytmem dziejowej godziny. Polska być musi, Polska jest już dzisiaj, a kto nie wierzy, niech się zapyta polskiego żołnierza, niech popatrzy na karpacką brygadę, na ułanów Beliny, na wszystkie pułki Legionów...

I nie zapomnę tej konnej eskorty, którą nas zaszczycił pułkownik Żymierski ze sztabem. Czterech ordynansów naprzód, oficerowie obok powozu, za nami, po obu stronach drogi... I to wszystko na tej ziemi Łomżyńskiej, opodal błot Ostrołęki, gdzie przecież jeszcze widmo dawnej klęski nawołuje po nocach. Tyle radości i życia — i ta biała, śniegiem przysypana, krzyżami mogił znaczona równina...

Po raz pierwszy w życiu, podczas gościny w Zambrowie, czułem się w Polsce u siebie. I po raz pierwszy zrozumiałem, że jest to wielkie uczucie. Po raz pierwszy sen o Tryumfatorach stawał się rzeczywistością. Krystalizował się—jeżeli nie na zawsze jeszcze, to na trwałą i mocną chwilę. Pragnienie stawało się wiarą. To też powtarzałem w duchu te strofy pisane w Paryżu, w które moc inna i inna waga wstąpiła, strofy o Tryumfatorach:

„Kto waszej szarży pęd odeprze,

„Kto złamie piersi waszych wał —

,,Napójcie konie wasze w Dnieprze,

„Sam Książę Józef rozkaz dał.

„Niech na mogiłach bluszcz się plecie

„I niech przepada próżny żal—

„Znów polski ułan na widecie,

„I znów się błyszczy w słońcu stal.

„Tryumfatorzy, krwią czerwoni,

„Idziemy w mgłę poleskich dróg—

„Ułańskiej naszej dano broni

„Zarzewie wojny nieść za Bug”.

EDWARD LIGOCKI.

Tygodnik Illustrowany, 14/20-04-1917

Aby dodać komentarz prosimy o zalogowanie się.